WEHIKUŁ CZASU

Facebook upiedliwy ze swoimi reklamami, powtarzanymi w kółko, rzadko przynosi ze sobą coś sensownego. Jednak kilka dni temu dał mi materiał na wielką kulę przemyśleń, która potoczyła się w dziwne rejony mojego umysłu i przesunęła pewne sprawy w kierunku wyjścia. Gdzieś między niczym i niczym pojawiło mi się wspomnienie sprzed lat, zdjęcia z zabawy „pięć zdjęć w pięć dni”. Niby nie powinno mnie tu nic zainteresować, bo zdjęcie pamiętam odkąd zdarzyło mi się je zobaczyć, ale…

Tego dnia zobaczyłam to zdjęcie inaczej. Dom w tle był zbudowany jeszcze z cegieł po likwidacji poznańskiej cytadeli, bo tak to niestety kiedyś było, że okoliczna ludność czerpała z wszelkich możliwych źródeł, żeby zacząć jakoś logicznie funkcjonować. Ten budynek nadal stoi. Dziś jest otynkowany „na baranka”, ma parapety zewnętrzne a okna wymienione na plastikowe. Ta młoda kobieta to moja mama (ostatnie chwile zanim zaczęła siwieć w wieku dwudziestu czterech lat), a to dziecko to ja… miałam niecałe trzy latka.

Przez całe moje życie patrzałam na ten obrazek nie mogąc się nadziwić, że ja kiedyś byłam dzieckiem… no dobra trochę przesadzam, tak bardzo się sobie tam podobam. Wciąż myślałam że się sobie podobam, bo to takie rozczulające zobaczyć siebie dzieckiem. Jednak teraz widzę to inaczej. Mianowicie zdaję sobie sprawę z tego, na kogo tak patrzę. Jest tylko jedna osoba, która mogła zrobić to zdjęcie, a właściwie była – ojciec. Po jego śmierci przez długo… długo nie było nowych zdjęć w albumie.

Zanim skończyłam trzy lata znikł (umarł) ot tak i nigdy mnie nie odwiedził nawet w snach… dziwne, że nawet tak nie przyszedł. Tamten czas był dla mnie paskudny. Nie dość, że zabrakło mi tej ważnej osoby, to gdzieś niedaleko urodziła się moja siostra, zabierając całkowicie uwagę otoczenia, a mnie jak niepotrzebne koło wozu wyrzucono do przedszkola, które było dla mnie miejscem znienawidzonym. Trzeba było wstać w środku nocy (tak to pamiętam), przez cały dzień nosić gryzące rajstopy, albo ten golf, przy którym zawsze traciłam pewność oddechu. Nudziłam się straszliwie, bo to czego dzieciaki się uczyły, ja już dawno miałam ogarnięte. Lalki z półek uśmiechały się głupawo i trzeba było sto razy dziennie układać te same puzzle.

Z tamtego czasu zapamiętałam dużo wydarzeń, ale najbardziej pogrzeb. Setki razy zastanawiałam się dlaczego on tak mocno tkwi w mojej pamięci. Oczywiście dopiero po latach zestawiłam sobie ten obraz ze zdarzeniami. Nigdy wcześniej ani później moja rodzina nie wydawała mi się taka zasmucona, zbita w wielką płaczącą grupkę ludzi. A ja? Zupełnie nie rozumiałam co się dzieje i beztrosko biegałam wokół grobu. A o śmierci ojca podobno dowiedziałam się dużo później, bo nikt nie odważył się powiedzieć mi o tym ???

No tak, ale ktoś w końcu złamał tamto spojrzenie… bo ile czasu można było kłamać.

FIOLET Z ŻÓŁCIĄ I Z CZERWIENIĄ

-Ale… oni… teraz wyglądają – mówił powoli,  ukrywając uśmiech, jakby wstydem było się z tego śmiać. Jednocześnie od tego nieskromnego rozweselenia opanować mu się nie udawało.

Naprzeciw nas (czyli mnie i mojego najmłodszego szczęścia) siedziała dwójka pozostałych synów. Jeden z dwudniową zdobyczą, drugi ze zdobyczą dnia bieżącego.  Ich oblicza wyglądające nienaturalnie kolorowo były dla nas czymś nowym. Prawe oko średniaka już przechodzące  w odcienie żółci wyglądało ciekawie w towarzystwie lewego oka najstarszego, którego powieka dopiero co, zdobyła czerwone odznaczenie.

Co jest najtrudniejsze w wychowaniu synów? Jak dla mnie do chwili obecnej, największym wyzwaniem jest walka o pokój pomiędzy rodzeństwem. Chłopaki wiele problemów rozwiązują siłą. Niby przypadkiem, niby na żarty, niby w obronie własnej. Gdzie to niby ma granicę? Trudno stwierdzić. Skąd to niby się bierze? Wygląda na to, że często przychodzi ze szkoły.

Ot choćby z lekcji WF-u, prowadzonej przez osobę która mimo wielu skarg rodziców, nadal uczy. Jest to człowiek w wieku przedemerytalnym, cierpiący na wybiórczość objawiającą  się niedowidzeniem i niedorozumieniem. Nawet mu do głowy nie przyjdzie, że nie każdy urodził się sportowcem, że to nie jest szkoła profilowana a wyśmiewanie się z czyjegoś stroju jest obrazem kultury wyniesionej przez niego z domu. Posiada także inną bardzo brzydką cechę charakteru, mianowicie najpierw coś obiecuje, a potem gdy zmieniają się warunki, obiera całkiem nowy front postępowania.

Niedawno w radiu słyszałam kontynuacje pewnego powiedzenia „jak ktoś nic nie umie to zostaje nauczycielem…  a jak ktoś nie umie nawet uczyć – to zostaje wuefistą”.  I jak tu się nie zgodzić? Skoro taki ktoś nie zauważa, że jedno dziecko z premedytacją uderza drugie piką w oko. Nie dostrzega na jego twarzy smutku ani nawet tego, że usiadł na ławce, bo wszelkie chęci do gry mu odeszły. A może liczy na to, że kolejny uczeń załatwi sobie zwolnienie z jego lekcji. Wszak łatwiej zapanować nad mniejszą grupą uczniów.

Młode osoby spędzają w szkole wiele godzin dziennie. Licząc świetlicę przed  lekcjami, plus lekcje, plus świetlicę po lekcjach to i dziewięć ich wychodzi. Jak wielki wpływ ma ta instytucja na przyszłe losy dziecka? Ogromny. Cóż daje wychowanie bez przemocy, bez klapsa, bez kar cielesnych w obliczu tego co dziecko może zastać w szkole? Cały system jego wartości musi ulec przeobrażeniu. Widzi, że ten i ów doskonale sobie radzą, sami wymierzając sprawiedliwość koledze, który im w jakiś sposób podpadł. Widzą a potem próbują w domu.

Tak się miała sprawa ze średniakiem. Jego wielokolorowy siniak był wynikiem porachunków ze starszym z synów. Taki wziął na niego zamach i rozpęd, że kiedy tamten się sprytnie w odpowiednim momencie usunął z linii ataku to agresor zaliczył bliskie spotkanie z panelami. Jego oko źle przyjęło to spotkanie.

Potem dwóch pośliwowanych  jeden mniej, drugi bardziej, poszło ze mną do sklepu. Panie sprzedawczynie patrząc na nich litościwie pytały jak to się stało, i tylko z niedowierzaniem kręciły głową intonując na wydechu swoje „ojej” albo „niemożliwe”. A co bliższe koleżanki pytały mnie „jak ty dajesz radę?” czy w wersji light stwierdzały: „ty to masz wesoło”.

No w sumie to czasami mam wesoło i to bardziej niż ustawa przewiduje. Kiedy słucham kłótni na trzy głosy, albo przydzielam poszczególne osoby do poszczególnych pomieszczeń, żeby tylko ich porozdzielać na jakiś czas. W rodzeństwie bowiem po wojnie przychodzi pokój. Po kłótni – tęsknota, po tęsknocie –  rozejm, po rozejmie – współpraca, po współpracy – bunt, po buncie – wojna. Nigdy jednak nie wiadomo kiedy, ani o co wybuchnie nowa.

Ani też, kiedy w końcu świat domowy dzieci i ich świat szkolny osiągną optymalny stan, w którym każdy z nas będzie mógł spokojnie żyć.  

CZAS ZMIAN

Pół godziny snu więcej, a właściwie to chyba bardziej nie o długość tu chodzi, ale o porę wyrwania z objęć odpoczywania. Niby tylko trzydzieści minut, a człowiek jakiś silniejszy idzie w dzień i silniejszy z niego wraca. Choć może to nie tylko o ten sen się rozchodzi, bo przecież zmianie uległ też i dział firmy w której spędzam czas pandemii i wykonywane zajęcia. Jedno wielkie zmienianie mnie dopadło w ostatnich tygodniach.

Z pozycji sprawdzanego weszłam na pozycję sprawdzającego i to okazało się bardzo dziwnym doświadczeniem. Próbuję się ulokować w nim, ale ciągle jeszcze mam w głowie pozycję poprzednią. Nie mogę przestawić umysłu z korzystania na tworzenie warunków do korzystania. Tymczasem mantruję przez cały dzień, bo czyż to nie jest mantra? Jedni mają koraliki, drudzy paciorki, a ja mam cyferki. Posługuję się tymi cyferkami, aż w moim umyśle pojawia się przestrzeń na śpiewanie. Jakie to dziwne odkrycie. Mogę śpiewać razem z wykonawcą, piosenkę puszczaną w radiu, i w tym samym czasie liczyć, a co dziwniejsze nie pomylić się przy tym. Chcę to rozwijać, odkrywać nowe łączenia w mózgu. Tym bardziej, że przed tym czego teraz doświadczam póki co, za daleko uciec nie zdołam.

Analizuję, jak to ja i dochodzę do wniosków, takich „moich”. Jadąc autobusem mogę medytować, licząc- mantrować, a na stołówce jeść wege posiłki. Zaczynam się budować. Nie jest sztuką narzekać, sztuką jest odnaleźć plusy w każdej sytuacji. Może moje plusy są naciągane (bo jednak zostają te nieszczęsne nocki), ale za to jakie elastyczne, skoro nie robią się dziury.

Na obecnym stanowisku podoba mi się też możliwość obcowania z językami obcymi, taka w małej skali, ale jednak. Z jednego opisu po niemiecku i drugiego opisu po angielsku wyciągam polskie wnioski o zgodności. To jest czasami jakiś kosmos, ale gdy nic nie kumam, to pomagają mi cyferki, które pojawiają się między słowami. Zawsze mnie coś ratuje. Czuję się, jakbym wychodziła z wieloletniego marazmu rozwojowego jeśli chodzi o pracę, idę co prawda mikro krokiem, bardzo niepewnym o tak, ale jednocześnie pełnym wiary… (ale to słowo zabrzmiało w kontekście sytuacji, no ale najbardziej mi tutaj pasuje).

Jak każdy składam się przecież z doświadczeń i to takich wałkowanych i szlifowanych latami, do znudzenia, do wyrzygania… a tak naprawdę właśnie one są mostami do następnych doświadczeń. Nie wiem jak się potoczy moje życie zawodowe, nigdy nie miałam na nie planu… wiem to zastanawiające, jak można bez listy iść do sklepu, na zakupy, ano można. Jedno jest w tej chwili ważne, jest zmiana to znaczy, że coś się skończyło.

ROZUMIENIE ZA TRZY KOTY

To zagadkowe, jak nasz mózg odbiera płeć drugą? Dlaczego akurat te osoby są w stanie nas zainteresować? Gdziekolwiek się pojawimy wybieramy sobie przecież kogoś, kogo jest nam przyjemniej oglądać niż wszystkich innych. Zawiesza nam się oko i „trudno”, musimy przez to przejść.

Zrobiłam sobie mały eksperyment z grona osób w najbliższej przestrzeni pracy wybrałam sobie trzy, które z jakiegoś powodu mnie przyciągały, nie będę ukrywać, że chodzi o płeć drugą i postanowiłam sprawdzić… co takiego mają w sobie.

Pierwsza – dość oryginalna z wyglądu, pozycji raczej sobie nie zbudowała, czy jakieś wyższej funkcji kadrowej, ale za to bardzo obowiązkowo podchodzi do wykonywanego zajęcia, wręcz nadobowiązkowo. Do tego stopnia, że pochyli się, żeby mi prawie spod stopy wyciągnąć jakiś papierek pozostawiony przez kogoś wcześniej. Brakuje mi w niej pozytywnych emocji, uśmiechu, niedookreślonego ciepła. Zachowuje się tak sztywno, że na dłuższą metę wydaje się nudzić, nie mieć nic poza swoją obowiązkowością, a co za tym idzie to i zapewne wymaganiami względem innych osób. Wygląda na to, że moje zainteresowanie wzbudziła tu z negatywnego bieguna płaszczyzny dziecka.

Druga – całkiem przeciętna z wyglądu, o równie nikłej funkcji. Obowiązkowa, ale zupełnie nie nadgorliwa jak poprzednia. Raczej działająca na zasadzie wykonania swojego i pójścia do domu. W porównaniu z pierwszą jest sympatyczna, ale ze skłonnością do wygaszania sympatyczności w momencie kiedy ktoś jej niechcący nadepnie na odcisk. Wydaje się być bardzo poraniona, wciąż zastanawiam się skąd to u niej. Ma jakiś płot, jak można ten płot usunąć, czy w ogóle można, bo chodzenie koło człowieka, jak koło jajka jest męczące. Całość doprowadza mnie do chęci zrozumienia, szukania odpowiedzi… moje zainteresowanie wzbudziła najprawdopodobniej z płaszczyzny rodzica.

Wreszcie trzecia – równie przeciętna i sympatyczna jak poprzednia, z tym, że zdołała sobie zbudować szerszy zakres umiejętności i co za tym idzie wyższą pozycję wśród pracowników. Obowiązkowość podobna drugiej, ale z lekkim uśmiechem, bo przecież może sobie na to pozwolić, żeby przystanąć i z kimś porozmawiać dłużej. Prawdę mówiąc najodważniejsza z wszystkich trzech i najsilniej zapamiętująca. Przy każdym bliższym spotkaniu przypomina mi, co już o mnie wie i dokłada nowy temat, zapewne po to żeby mi o nim następnym razem przypomnieć. Działa metodą małych kroczków, ale skutecznie przesuwa linię dystansu. Ostatnio ją przesunęła trochę mocniej. Jednak nie potrafię tej osoby wziąć na serio, skoro mówi że „życie jest piękne, a najlepsza jest zabawa”. Z jakiej pozycji wzbudziła moje zainteresowanie? Psychologia być może powiedziałaby, że z pozycji dorosłego.

Dlaczego psychologia? Według analizy transakcyjnej, u ludzi dorosłych występują trzy stany ego, zwane stanami Ja: dziecko, rodzic i dorosły. Każda postać ma swój specyficzny język i wyraża się poprzez specyficzną mowę ciała. Dorosły opiera się na obserwacjach i weryfikacji, rodzic na normach, a dziecko na emocjach.

Przez kilka miesięcy obserwowałam te trzy osoby. Na początku nie wiedząc o nich zupełnie nic. Przy założeniu, że szukałam w nich odpowiedzi na jakieś tam swoje zapytania, doszłam do wniosków, że:

– Oryginalność to jakaś forma rekompensowania sobie deficytów. Przeciętność pięknie zapakowana w sreberko, pozwalająca na wytłuszczenie się w tłumie, ale tak naprawdę stanowiąca o powierzchowności, w środku człowieka oryginalnego bywa i czekolada mrożona.

– Za sympatycznością czasami kryje się ból. Może być poddaniem się i pozostaniem „szczęśliwym” trochę na siłę, w tym w czym się człowiek akurat znajduje, dopóki coś nie przypomni mu sytuacji, która go doprowadziła do tegoż miejsca.

– Wyższa pozycja daje możliwości, wzmacnia odwagę i pozwala na wykonywanie ruchów w sposób mniej przemyślany, wręcz spontaniczny. Jednocześnie jest jakaś mniej serio, jak czekolada, która rozpływa się w dłoni, a nie zdąża w kierunku ust.

Na ten czas zawieszam obserwację. Cóż kartka z kalendarza podsumowała to krótko.

NOWYM KROKIEM

Kończy się rok, trzysta sześćdziesiąt pięć dni za nami. Zamknął się zaledwie jeden z rozdziałów życia, ale za to jaki niespodziewany miał przebieg.

Świat się zmienił. Jednym na lepsze, drugim na gorsze. Jednym dał samotność, innym tłumy ludzi na co dzień. Niektórzy odpoczęli, a jeszcze inni nie pamiętają tak pracowitego roku. Ja jestem z tych, którzy nie odpoczęli. Jakimś cudem dostałam dwa dni urlopu, więc dziś mija siódmy dzień w którym jestem w domu. Po sześciu dniach mogę śmiało powiedzieć, że weszłam do świata ludzi wypoczętych. Mogę pospać dłużej i posiedzieć w kwiecie lotosu. Nie pamiętam już takiego komfortu psychicznego.

Sylwester którego będziemy mieli okazję przeżyć, wiele osób chce widzieć bramą z ciemnego w jasne. Pierwsi ochotnicy szczepią się, ale czy to wygasi pandemię… ? Gospodarka będzie się podnosiła długo. I wciąż pozostaje kwestia, kto na tym zarobił i czy nie było innych możliwości? Czy ludzie się zmienili, czy zrozumieli cokolwiek? Na pewno matka ziemia mogła się odrobinę zregenerować. I czy to już koniec lekcji dla ludzkości? Hmm…

Według poczynionych obliczeń w nowym roku mogę liczyć na początek wieloletniej lekcji. Tak zawsze nazywam te okresy w moim życiu. Często nie są one łatwe, ale bywa że mają piękne momenty. Trochę się niepokoję, co też los mi zgotuje. W pamięci przeglądam poprzednie lekcje i próbuję zgadnąć, ale tego nie można zgadnąć nigdy. Może mam za ciasny umysł, żebym sobie potrafiła wyobrazić czego jeszcze nie wiem, a może wiem tak mało, że czym mnie los nie rzuci, to będzie wiele do zrobienia. W sumie to przyzwyczaiłam się do tych lekcji. One mnie odmieniają i tylko ode mnie zależy czy się w wyniku tych wydarzeń stoczę na samo dno, czy jednak wykrzeszę po raz kolejny tyle sił… że się utrzymam na powierzchni.

Czasami jest mi przykro, że to wszystko na mnie spada, a inni ludzie żyją sobie w swoich ciepłych życiach zupełnie nie rozumiejąc tego, z czym akurat się zmagam, bo tak naprawdę jeśli już spada to coś to człowiek zostaje z tym zupełnie sam. Nie ma takiej osoby, która mogłaby przeżyć to za niego. Chociaż z drugiej strony inni ludzie też mają swoje sprawy trudne, których ja nie pojmuję.

Ważne żeby po każdej lekcji móc sobie spojrzeć w oczy, może nie koniecznie z myślą „wygrałam/em” ale z myślą, że „nie przegrałam/em”, bo tak po prawdzie w tych lekcjach nie można wygrać zupełnie nic poza następną lekcją. I tak jak sobie patrzę na to, co się w moim życiu dzieje, to odnoszę zważenie, że jest w tym logiczny ciąg. Gdyby nie pierwsza i druga lekcja to nie zdarzyłaby się trzecia, a czwartej to chyba nawet nie potrafiłabym sobie wyobrazić.

Cokolwiek się stanie, w Nowym Roku życzę wszystkim wielu dobrych ludzi w otoczeniu, jeszcze więcej szczęścia w przypadku wydarzeń nie przewidzianych i całej góry ufności w to że wszystko będzie dobrze… no i oczywiście miłości w każdej postaci: zaczynając od zachwytu nad sprawami i braćmi małymi, a kończąc na tym największym bezimiennym uczuciu.

GEN KRZYKU

Skąd ta trwoga? Bunt, ciemne obrazki, czarne parasolki i zupełnie niezrozumiały dla niektórych ludzi szum. Myślałam nad tym długo… po co to kobietom, bo przecież nikt nie uwierzy, że chodzi tylko i wyłącznie o wady płodu. Szukałam, nie znajdowałam, aż do dziś, bo dziś mój umysł poprowadził mnie w inne rejony.

Jak to było, kiedy koniec wojny zwiastował rząd wyzwolicieli zza wschodniej granicy, to każda kobieta co nieco słyszała. Z opowieści najstarszych babek w rodzinie wiem, że panowie oswobodzający brali cytuję „wszystko co się ruszało”. Nie trudno sobie wyobrazić, ilu potomków tamtych, dumnie prezentujących się w swojej roli wyzwolicieli chodzi do dziś po świecie. Spłodzonych przy proteście, przy bólu nienawiści, strachu czy jako owoc zwyczajnej zabawy, tak zabawy, bo dla nich często musiała to być zwykła zabawa. Okrutny fetor niedomytego mężczyzny, brak jakiegokolwiek porozumienia z nim i uprzedmiotowienie kobiety, tak musiało to wyglądać. Zresztą czy to ciężko sobie wyobrazić? Świat nad którym nie ma żadnej kontroli, gdzie rządzi siła i potrzeba chwil. Nikogo nie dziwi gwałcona w kółeczko ciężarna, na środku wsi w biały dzień, kiedy inni ludzie przechodzą obok. Nikt nie mógł się przeciwstawić.

Ostatnia wojna to jedyna której świadkowie jeszcze żyją, ale przecież wojny toczą się od zawsze. Powojenne pokolenie było jak wiemy pierwszym, które nie zaznało tego okrutnego losu, jakim jest gwałt i przemoc na ulicach. A na wojnie do stracenia najwięcej miały zawsze kobiety. Nie szły co prawda z karabinem w pierwszym szeregu, bo ten nie mógł pomieścić zbyt wielu kobiet, zamiast tego czekały w domach. Ale czy ta bierność w obronie nie miała dla nich gorszych skutków? Rosły jak te piękne drzewa dopóki się nie zdarzyło komuś ich popróbować, pociąć, poniszczyć…

Jest pogląd mówiący o tym, że wszystko zapisane jest w świadomości. Tamte negatywne uczucia, przekazywane są z pokolenia na pokolenie, jak pieprzyk po lewej stronie na szyi. Ciągle widoczny, choć często okrywany peleryną tajemnicy. Wielu rzeczy z tamtych czasów niejedna babka nie powiedziała córce, ani wnuczce, a już tym bardziej swojemu mężczyźnie. Panuje wśród kobiet pewna zasada, że facetowi o wszystkim się nie mówi (on nie zrozumie). Jednak nic w przyrodzie nie ginie i ten strach, potężny strach może być całkiem gładki, wypielęgnowany i kryć się pod grubą warstwą pudru.

Dokładając sobie tę teorię, jestem w stanie po części zrozumieć „wielki krzyk o aborcję”. Zwyczajnie uśpiony gen prosi o uwagę, może to jest odpowiedni czas w którym mężczyźni powinni się pochylić nad tym genem, spróbować go zrozumieć. Nie każde dziecko było chciane i tak naprawdę ciąża, w której mężczyzna nie pyta się o pozwolenie, nie jest w porządku. Ona żyje w głowach wszystkich kobiet, bo niestety to mężczyźni sprawili, że każda z nich ma w sobie ten gen. No i jaki on daje efekt? Jedne nie urodzą nic, drugie nie pokochają niczego co urodzą, a jeszcze inne pójdą krzyczeć. Jakby walczyły o rekompensatę za te tysiące lat.

GODZINY SENIORA

Ustalono więc, że godziny są dwie, a rozciągają się od 10.00 do 12.00. Tak się złożyło, że dwa razy udało mi się wyjść w tym tygodniu do sklepu tuż po „godzinach seniora”. I dla nikogo to nie będzie zaskoczeniem jeśli napiszę, że około godziny trzynastej jest taka pora, w której seniorzy robią zakupy mniej więcej w proporcjach 60% dla nich, 40% dla reszty. Przynajmniej tak to wygląda w moim mieście.

Złości mnie to trochę, bo w wyznaczonym dla nich czasie ja zrobić zakupów nie mogę, zaś oni mogą robić zakupy przez cały dzień. Najbardziej jednak złości mnie fakt, że nie dbają o siebie, mimo, że stwarza się im ku temu możliwości. Złości mnie też, że jak przychodzę do sklepu po południu to już pieczywa muszę szukać w sklepach oddalonych. No i ktoś tu powie, że mogłam wyjść wcześniej, ale kiedy jestem w domu to odpoczywam i trochę dłużej śpię więc ta złość jest nieuzasadniona.

Tak więc dziś, stojąc w kolejce po pieczywo, widząc za sobą trójkę seniorów zaczynałam się nakręcać sama nie wiem na którą złość. Jednak postanowiłam być spokojna. I jak mi odpowiedział świat? Przechodzi tu taka seniorka: siwiuteńka, wysoka, kolorowo ubrana z maseczką pod nosem. I co? I mimo, że nas tylu stało w kolejce nikt nie pomyślał o tym o czym ona pomyślała. Schyliła się i podniosła pustą butelkę szklaną, białą po nie wiadomym napoju, pitą przez nie wiadomo kogo (tu czytaj: nie bała się potencjalnego zagrożenia wynikającego z dotykania szyjki butelki). Zrobiło mi się głupio, bo ja tej butelki nawet nie zauważyłam. I stanęła taka seniorka za mną w ogonku i przechodzi druga: niska i uśmiechnięta.

-Tyle tu śmieci na chodniku – zagaduje ją wysoka.

-Niestety… może ludzie do szkoły nie chodzili i nikt im nie powiedział co z nimi zrobić – odpowiedziała jej niska.

– Brak kultury – dodała wysoka.

Ja oczywiście dorobiłam sobie swoją teorię, którą jednak się nie podzieliłam na forum kolejkowym, bo według mnie to z domu wynosi się kulturę, a szkoła może tylko ją umocnić, ale oczywiście można mieć różne zdania.

Spojrzałam na chodnik: tu folia, tam papier… Jakieś dwa tygodnie temu sama podniosłam… nie, nie podniosłam – pokulałam nogą jedną butelkę, którą jakiś „mądry ?” postawił na ulicy, a przejeżdżający autobus mnie o tym fakcie poinformował kulając ją przez kilka metrów. Jaki to jednak był wyczyn? Miałam jednego świadka ze słuchawkami na uszach i osłonę porannych mroków. Ona zaś zrobiła to bez rękawiczek i żadnej odrazy.

No ale, zrobiło się miejsce w sklepie i opuściłam kolejkę stojącą na zewnątrz sklepu, zaraz po tym do tego samego sklepu mogła wejść jeszcze inna seniorka. Ta, która chwilę wcześniej rozmawiała z tamtą niską, uśmiechniętą na temat wyjazdów nad morze do kwater czteroosobowych (bo taniej) w Ustce.

-… a i jeszcze cztery bomby rumowe – kończyłam zamówienie.

– Do wysadzenia w powietrze? – zaśmiała się kasjerka.

– Nie, oby nie… no chyba, że wysadzenia w powietrze czegoś złego – odśmiałam się jej.

– W (i tu padła nazwa jakieś miejscowości) wysadzają w powietrze pocisk, znaleźli jeszcze z czasów wojny – wtrąciła się przybyła seniorka.

– Tyle lat i ciągle je znajdują, może żeby nam przypominały o tym co było?- kontynuowałam.

– O tym co było się nie zapomni, ale wybaczyć trzeba, tylko nie da się zapomnieć – dodała mi w odpowiedzi uśmiechając się przy tym życzliwie.

I tak minął mi kwadrans z osobami, które powinny były zrobić zakupy na przynajmniej pół godziny, zanim ja dotarłam do sklepu. Nie ulega wątpliwości, że potrzebni nam są seniorzy. Niejeden młody człowiek powinien się od nich uczyć. Jeśli jednak nie będą o siebie dbali może ich zabraknąć, a przeciwdziałać takiemu stanowi rzeczy mają właśnie „godziny seniora”.

Po dzisiejszym dniu, to ja już nawet nie potrafię być na seniorów zła… za tą ich niesubordynację. Mam nadzieję doczekać czasów w których będziemy żyć obok siebie tak jak kiedyś, choć to kiedyś było zaledwie pól roku temu.

ONA GO NIE, A MOŻE JEDNAK…

Można się rozsiąść wygodnie, wyciągnąć nogi na łóżku, albo posplatać w pozycji kwiatu lotosu i poczuć jak swobodnie przez ciało przepływa energia. Oddech jeden za drugim, rozciągnięte w czasie im bardziej, tym lepiej. Ten spokój sprawia, że mogę położyć na ziemi karabin i pozwolić sobie o nim zapomnieć. Moje chwile, sam na sam… są jak najwyższa z doskonałości.

Dlaczego te chwile czasami umykają mi przy ludziach? Trzeba wobec nich włączać auto-detektywa i się zastanawiać nad tym co mówią, co właściwie chcą powiedzieć, co ja mam z tym wspólnego? Cała mieszanka się wylewa: słowa, mimika, zapach, pozy… nieustanne gry międzyludzkie. Mężczyźni, kobiety, dzieci – wszyscy chcą być traktowani indywidualnie i z odpowiedniego poziomu. Kultura, rodowe naleciałości i środowisko wychowania na raz ładują się w rozmowie i siadają naprzeciw wyglądając jak to góra do zdobycia. Chciałoby się krzyknąć: „chwileczkę!” „po kolei!” „wolniej do cholery, wolniej!”. Ale mimo wszystko lubię ludzi, oni są jak zagadki całoroczne z których czasami udaje się wyciągnąć hasło. Tylko „ciii”, nigdy nie należy go wypowiada przy nich na głos. To taki mały torcik, który je się w samotności.

W kwestii tych kontaktów międzyludzkich, przynoszę tu dzisiaj ludzi pięknych i niezrozumiałych dla mnie z różnych punktów widzenia, jednak interesujących, istniejących fizycznie, publicznie i technicznie (gdzie to ostatnie szczególnie dziwi z racji słusznego wieku).

On opiekuje się nią. Ona jest chora na Alzheimera.

Zwykle, patrząc na takie sytuacje stawiałam siebie w sytuacji opiekuna i sobie myślałam: jak to ma strasznie, bo ona nie pamięta, bo codziennie jest „Dzień Świstaka”.

Jednak po obejrzeniu tego konkretnego filmiku, prawie się popłakałam. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, żeby ci ludzie grali jakiś film, są tak autentyczni w głosie, w sytuacjach codziennych. Dzielą się z oglądającymi ich ludźmi, często skrywanymi doświadczeniami odnośnie wypróżniania się, kąpania…

No ale… patrząc z perspektywy osoby chorej. Ona go nie poznaje, ona za każdym razem zakochuje się od nowa, codziennie, kilka razy dziennie. Jakie to dziwne, że człowiek dokonuje wciąż tego samego wyboru, akceptuje tego człowieka na partnera, flirtuje z nim. Przecież zapomniała o nim i właśnie go poznaje na nowo, jak pierwszy raz. Co tu mnie najbardziej zastanawia? Według naukowców kobiety wybierają nosem. Najlepszy samiec, który da jej zdrowe potomstwo jest dosłownie wyniuchany. Tu podejrzewam, że to nie działa, bo hormony od dawna są uspokojone. Wszystko musi się rozgrywać tak naprawdę na zupełnie innej płaszczyźnie.

Może taka ciężka choroba to niezwykły sprawdzian, być może egzamin końcowy, po którym dostaje się dyplom z miłości.

KANTYNA

I co takiego robią? Siedzą i najczęściej sączą kawę w kubku z „automatu”, której smak ani zapach, kawy nie przypomina. Mężczyźni czasami konsumują kanapki, kobiety raczej nie robią sobie porannego obżarstwa. Są też i tacy, którzy pokładają się na stole ze zmęczenia. Niedospane ludki. Niektórzy wsiadali w autobus już o godzinie trzeciej po północy, żeby dojechać na szóstą rano do pracy. Siedzimy sobie teraz wszyscy razem. Nasza zbieranina z regionu upchnięta w kantynie. Co ciekawe etymologia tego słowa nawet współgra, ponieważ kantyna to bufet na terenie jednostki wojskowej. My, żołnierze pracy z „hero” na plecach, jak wizytówką, która w obecnej sytuacji jak nigdy pasuje do tego miejsca (nie, to nie jest służba zdrowia).

Jeszcze słońce nie zdążyło się przebić dobrze ponad horyzont. Jest godzina piąta pięćdziesiąt i już w tle pojawiają się pierwsze komunikaty przez radiowęzeł „przypominamy o zachowaniu….”, „przypominamy o możliwości…”. Tak, jest możliwość, zawsze jest możliwość… Dlaczego ja jestem teraz tutaj? Dlaczego tę właśnie możliwość wybrałam? Dlaczego wstaję o czwartej dziesięć i o czwartej pięćdziesiąt idę po pustych ulicach mojego miasta? Czuję się wtedy jak ostatni człowiek na świecie. Czasem chodzę środkiem jezdni i jest to coś co zaspokaja jakąś moją potrzebę. Jest mi wtedy jakoś niesamowicie, aż chciałabym rozłożyć ramiona jak w tamtej scenie na Tytaniku. Wszyscy śpią. W żadnym domu nie palą się światła. Samochody odpoczywają w garażach. Mijany o piątej włącza się zraszacz przy domu, którego ciągle jeszcze na płocie wisi plakat wyborczy. Ostatnio w tym półmroku przypadkiem przestraszyłam jakiegoś młodego człowieka wracającego z nocnej imprezy. No i dlaczego wychodzę z domu zanim ptaki zaczną śpiewać? Dlaczego?

Dlatego, że jest coś w tej pracy. Przede wszystkim ona właśnie zaspokaja mój głód ludzi. Głód obserwowania zachowania dorosłych osób, w takiej ilości, jaka tam jest. Patrzenia na nich pod koniec zmiany, kiedy ledwo powłóczą nogami, rozmów z nieznajomymi, jak i tymi bardziej zaprzyjaźnionymi. Żartów, śmiechu, pomyłek i tego zrozumienia u drugiej osoby wykonującej dokładnie tę samą pracę, wzajemnego wspierania się, jak nigdzie wcześniej… Czy tylko przez wspólny ból można poczuć z kimś jedność? Znów mi się załączyło hasło naklejone na ścianie, takie o tworzeniu historii przez wspólną pracę.

Bywa, że są dni, które jakby się uwzięły. Wszystko nie idzie jak bym tego chciała, wszystko. W radiu śpiewa Zenek, tracę zasięg i ciągle muszę resetować urządzenie, przenoszą mnie w rejon w którym muszę sobie szukać nowych znajomości, dostaję jakąś „z czapy informację”, nie mogę (z powodu nie moich błędów) wykonać dobrze zadania i do tego bolą mnie nogi od ciągłego biegania po piętrach. Sprzeniewierza się mojej działalności cały ogrom energii. I mam dosyć. Serdecznie dosyć. Padam, nie chcę. We mnie jest „wielkie nie”!

Potem przychodzi taki dzień który mi kilka kwestii wyjaśnia. Od rana jest szybko i dobrze. Ktoś zmienia stację radiową na lepszą, chodzę, podśpiewuję piosenki… Nie ma żadnych problemów. Pojawia się kilka osób do pogadania na ciekawe tematy. Pędzę i co rusz wpadam na ludzi. I myślę sobie – jest. Mam to znowu. Mam przyspieszenie. Pewnie poprzedniego dnia za mocno pędziłam i mi wyskoczył „stop”. Dziś mam przyzwolenie, ale mam zachować ostrożność…

„Informuję, że za trzy minuty…”… ludki się zbierają do wymarszu. Jak w wojsku na rozkaz zakładają maseczki, czasami narzekając, a bywa i z uśmiechem wspominając jeszcze wakacje, podziwiają opaleniznę, flirtują i umawiają się na przerwę. Kubeczki po kawie zapełniają śmietniki. Kantyna pustoszeje na kilka godzin. Jest cicho, czysto i przytulnie, ale nikt nie kładzie się na podłodze, żeby odespać.

OTWARTA SAMOKRYTYKA

Są ludzie wyzbyci samokrytyki, a może właśnie napakowani nią do granic absurdu, perfekcjoniści w każdym calu, którzy bez problemu przeszliby test białej rękawiczki, tak idealne są ich mieszkania, związki, a przede wszystkim myśli. Tylko czy mając nad życiem taką kontrolę, są szczęśliwi? Może lepiej być umiarkowanym samo-krytykantem, albo nawet zastać własnym przyjacielem.

Czym jest samokrytyka?

Samokrytyka to autokrytyka, samooskarżanie bądź przyznanie się do błędów. Życie w kołowrotku samokrytyki musi być ciężkie. Od rana do wieczora, nawet we śnie ciągle wymagać od siebie więcej i więcej z myślą o tym, że poprzeczka nigdy nie będzie ustawiona niżej, wręcz jej poziom będzie się podnosił, bo zawsze można więcej i więcej. Skoro już tyle się dało radę to przecież nic trudnego skoczyć jeszcze wyżej. Czy samokrytyka jest wymysłem ego?

Od jakiegoś czasu mało jest we mnie samokrytycyzmu. Nie jestem idealna, jednak taka jaka jestem wystarczam sobie. Mam przecież wszystko. Każdego dnia dziękuję światu, że jestem tutaj, z tymi ludźmi z którymi jestem, w tych miejscach w których bywam. Jaka miałabym być, aby być lepsza? Chyba tylko łagodniejsza czasami, a łagodności mi nie przybędzie jeśli się będę samobiczować. Coraz częściej myślę, że człowiek nie powinien tak bardzo walczyć ze sobą. Tak mało mamy czasu na znalezienie wewnętrznej zgody.

A zwrot „otwarta samokrytyka” wisi u mnie w pracy na ścianie, jako jeden z tych, z którymi nie zgadzam się. Zastanawia mnie, co autor miał na myśli. Czy chciał, żeby pracownicy głośno krzyczeli jak bardzo się czują mało potrzebni firmie, mało wydajni, mało kompetentni… i nie wiem co tam jeszcze mało albo niedostatecznie. Przed kim ma następować ta samokrytyka? Przed sobą to chyba nie, bo ma być otwarta. Na co otwarta? Na zmiany, na poprawę, na odbiór, na czyjąś ingerencję? To taki skomplikowany zwrot.

Z racji tego, że w obecnej pracy mogę sobie pozwolić na przemyślenie całego swojego życia w tę i z powrotem lub jak to koleżanka ujęła „powiesić mózg na wieszaku przed wejściem do pracy” to czasami zastanawiam się nad tym akurat zwrotem. Oczywiście jeśli nie myślę nad niczym ciekawszym. I niestety, ale nie jestem w stanie jednoznacznie zrozumieć go. Wciąż najmocniej jawi mi się jako ingerencja, wręcz operacja. To otwarcie jest jak cięcie skalpelem po żywej jednostce, która pod narkozą smacznie śpi. I ktoś chce jej wszczepić coś obcego… może tę samokrytykę. Niech skacze wyżej… prawda?

blog204

Jednak źle trafił, ja się w te klocki nie bawię, ja wolę sobie myśleć o .niebieskich przestworzach, wschodach i zachodach słońca, ewentualnie rachunkach do zapłaty…. ale nie żebym się samo krytykowała i to otwarcie. Ja nie chcę, ja się nie zgadzam na żadne narkozy!

CALE WSZECHŚWIATA

Właściwie nigdy nie zrobiłam żadnych konkretnych zakupów w tym sklepie. Coś mnie od niego odpychało, ale skoro syn się uparł to mu potowarzyszyłam w zakupach. Kiedy on szukał swojej niezbędnej części elektroniki, ja przechadzałam się po salonie RTV i AGD. Weszłam w alejkę telewizorów. Taaakie wielkie ekrany, płaskie jak monitory komputerowe. Nie wiem nawet ile cali mają takie cuda, które ledwo mieszczą się na ścianę. Przecież od oglądania ich, to oczy muszą boleć, jak tych widzów w pierwszym rzędzie sal kinowych. Raz tak siedziałam na „Panu Tadeuszu”. Jak chciałam zobaczyć kto mówi, musiałam całą głową kręcić to w prawo to w lewo. Mniej więcej w połowie filmu przestałam patrzeć w ogóle. Poza tym, gdzie ci ludzie mają miejsce na szafy, po zawieszeniu telewizora? Może nie mają szaf, a może mają specjalny pokój telewizyjny czytaj kino domowe. No tak. Ja nawet nie oglądam telewizji, bo mi na nią szkoda czasu i nerwów. Jednak ktoś takie bajery kupuje i ich potrzebuje.

Przeszłam kawałek dalej. Hmm roboty kuchenne wielu specjalności. Leży mi w domu jeden taki, ale jakoś się nie przydaje. Surówkę ucieram na tarce, a mikser mam malutki, który łatwo jest umyć, sokowirówkę też rzadko wyciągam. Wciąż brakuje mi czasu, a jak już go mam to przeznaczam na dzieci, pracę i pasje przeróżne…

Jakaś jestem minimalistyczna pomyślałam podchodząc w strefę urządzeń chłodzących, które okręcały swoje śruby, a wstążki zawieszone na obudowie wskazywały kierunek wyrzucanego przez nie chłodnego powietrza. I już prawie stwierdziłam, że przynajmniej jeden sprzęt mam do ludzi podobny, póki nie zauważyłam klimatyzatora.

Ech… westchnęłam nad tym klimatyzatorem za ileś tam tysięcy i spojrzałam na syna chcąc mu dać do zrozumienia, że taki właśnie byłby dla nas najlepszy, ale zauważyłam kobietę która bardzo dziwnie przyglądała mu się. Była to kobieta zbliżona do mnie wiekiem. Przecież on ma15 lat, a ta kobieta nie patrzy na niego normalnie. Skąd u kobiet dojrzałych bierze się zainteresowanie młodymi mężczyznami? To dla mnie bardzo trudne do zrozumienia. Może dlatego, że mam synów. Może gdybym miała córki to patrzałabym inaczej na dorastających chłopców. A może to nie ma z tym nic wspólnego tylko jakiś się w tych kobietach odzywa głód, którego ich mężczyźni nie potrafią w nich zaspokoić. Przecież i mężczyźni dojrzali zachowują się niezrozumiale. Żony w domu gotują bigosy, a im oczy z orbit wychodzą na młode podlotki w mini spódniczkach. Wiem, generalizuję, to nie dobrze, to nie jest na miejscu. A co jeśli jest jeszcze inna opcja… ?

No tak nie mam telewizora XXL, robota wysokiej klasy ani klimatyzatora, ale mam dzieci, których bym nie zamieniła na te wszystkie sprzęty. Dziwny jest świat wyborów. Ludzie sobie planują dom, samochód, telewizor i inne takie, a jak przychodzi czas na dziecko to nagle coś nie wychodzi. I siedzą potem i patrzą na te cale i kochają się jeszcze mocniej, bo przecież coraz mniejsze mają szanse na podzielenie tej miłości. Jest to jakaś droga wybrana świadomie bądź trochę mniej świadomie, ale droga do przejścia. Nie łatwa, pełna łez i oczekiwań tak bardzo niespełnionych. Zawsze, kiedy spotykam takie osoby nie mam słów na to by je pocieszyć, bo co to znaczy możesz sobie podróżować, wydawać pieniądze na drogie przedmioty, skoro nie ma tego jednego ważnego punktu w związku. Nie ma tej lekcji wielkich obaw i wielkich radości. Zawsze sobie wtedy tłumaczę, że oni najwidoczniej już wszystko przerobili i to jest ostatni z etapów ich podróży przez wszechświaty. Nie mają niczego, co by się za nimi ciągło. On i ona jak dzbany są puści w więzach, muszą się skupić już tylko na sobie i to jest ich zadanie ostateczne. I nie mam pewności czy tak jest naprawdę , ale bardzo chcę w to wierzyć, bo to często są wspaniałe pary ludzi.

blog203