KAK U WAS?

Dopiero co wykaraskałam się z zeszło tygodniowych sytuacji, które zmusiły mnie do wielu przemyśleń, jakich by mi żadna książka nie zafundowała. Mianowicie, utknęłam w temacie tego, jakiego typu męski świat jest mnie w stanie zainteresować, albo właściwie jakiego dopełnienia jestem skłonna poszukiwać. I już myślałam, że wiem o sobie wszystko, że takie to jest proste i w ogóle… jednak nie jest.

– Kak u was?

-Wszystko dobrze – odpowiedziałam, a gdzieś w środku przemknęła mi myśl – przecież ja jestem tylko jedna.

Bawi mnie to zderzenie. Polska-Ukraina. Mieszanka różnych absurdów językowych. Dla Ukraińców problemem jest, jak mają się zwracać do nas, Polaków. Jak mają powiedzieć „wy” i czy mówiąc „ty” nie obrażają nas.

A potem druga myśl, ta z rozmów z innym znajomym, tym co to mi jego obecność towarzyszyła w zeszłym tygodniu, na innym dziale.

-Ja tam się cieszę, że pracuję z Ukrainkami, one wprowadzają taką jak by to powiedzieć… łagodność w pracy, bo Polki są inne…

Nie zdążyłam się za bardzo rozwinąć w temacie, bo mi kolega z przerwał.

-Ja jako facet inaczej na to patrzę. Większość z nich przyjechała tu szukać faceta. Przychodzą do pracy tak ubrane, że im majtki widać, chodzą bez staników… a to jest przecież praca… Ja mogę palcem wskazać, które szukają…

I od razu pojawiła się myśl trzecia – a jeśli nie tylko kobiety szukają tu kogoś, w sobie tylko znanym celu. Tym samym postanowiłam nie kontynuować dialogu.

Ale, że akurat ten Ukrainiec jest dość kontaktowy i ciężko go odrzucić, bo ma swoje oryginalne podejście do życia, wręcz intrygujące i już trochę tematów ze sobą przegadaliśmy, ot choćby o zwyczajach pogrzebowych, że Pop to i tamto, a kobiety płaczą i płaczą i… swoistym połamańcem piąte przez dziesiąte porozumiewamy się jakoś od czasu pewnego.

-A jakie są u was powiedzenia, takie żeby pożartować?- zapytał mnie w poniedziałek.

Spojrzałam na niego nie bardzo rozumiejąc, czego on ode mnie chce.

-Bo jedna koleżanka mi powiedziała takie „prawdziwego kolegę poznaje się w biedzie”.

Przyjaciela raczej, po cichutku sobie pomyślałam, ale nie miałam ochoty dyskutować. Byłam zmęczona, prawie całą zmianą dzieloną z innym Ukraińcem, który ani nie był zdatny do rozmowy, ani do uśmiechu.

-Nic mi nie przychodzi do głowy- odpowiedziałam.

Odszedł kilka kroków ode mnie, żeby zaraz wrócić.

-Ja wiem czemu. Bo ta praca jest ogłupiająca, człowiek się nic nie rozwija – kontynuował.

Na szczęście w nieszczęściu ktoś go gdzieś, po coś zawołał. W nieszczęściu, bo zawsze mnie zostawi w połowie tematu, żeby mi się chciało go ciągnąc. Ale nic to, pozostałam na swoim stanowisku pracy wiedząc, że i on zaraz wróci i go dopytam. No i wrócił.

-A co ty byś chciał robić?- dopytałam

I wtedy ten dziwny ogień, który bucha zazwyczaj w jego oczach przemienił się w coś nieokiełznanego, w coś na kształt spojrzenia szaleńca.

-No ja to bym chciał uczyć dzieci koszykówki i malować- odpowiedział.

Gestykulował przy tym rękoma, tak, że całe jego ciało mówiło. Patrzałam na to, co się z nim działo, nie mogąc się nadziwić, jak nagle można przejść taką przemianę. Jakby w jednej chwili znikł ten człowiek, który mi opowiadał o tym i o tamtym, a na jego miejscu pojawił się zupełnie ktoś inny. Próbowałam kontynuować rozmowę, ale zadzwonił dzwonek obwieszczający, że pora na sprzątanie stanowiska pracy, tak myślałam przez chwilę. Niestety to był drugi dzwonek, więc sama musiałam mu przerwać, żeby zdążył na autobus pracowniczy. Znowu mnie zostawił w połowie rozmowy.

Nudny dzień nabrał niezrozumiałego dla mnie rumieńca. Jest zagadka coś we mnie mówiło, jest zagadka powtarzało co rusz.

Po dwudniowym zastanowieniu, uznałam jednak wyższość spokoju nad tym czymś czego nie potrafiłam objąć rozumem. Tym bardziej, że okazji do kontynuacji dialogu nie znalazłam. Do środy czyli dziś, bo dziś kiedy wróciłam po przerwie, przy swoim stoliku ujrzałam znajomego pasjonata

-Ty też masz karę?- spytałam widząc, że został przydzielony mi do pomocy.

Użerałam się już od jakiegoś czasu z tym breloczkiem, który nijak nie pasował do swojego opakowania.

-Czemu karę?

-To gówno ma tu klej i się przykleja do folii i jest nie fajne.

Dziś miał normalne spojrzenie. Jakieś wyciszone, jakieś przygnębione, przygaszone. Dziś nawet nie specjalnie chciał rozmawiać.

-No to co malujesz? – próbowałam jakoś wrócić do tamtego przerwanego incydentu.

-Wszystko. Jak mi się chce, jak mam dobre myśli.

-Wenę?

-Co?

-U nas to się mówi wena.

-Wena? U nas muza.

Zaśmiałam się, bo czułam, że mnie znów jakiś dziwny świat wciąga. I zaraz mogę przestać się odnajdywać w tym całym zamieszaniu. Trzeba się trzymać poręczy, żeby nie wpaść do piwnicy. A najlepiej tego breloczka, co się przykleja choć nie powinien. To już osiemset trzynasty z tysiąca.

– Dla mnie muza to jest ktoś, a wena to coś jak chęć: napisania, namalowania.

Napisania, namalowania wybrzmiały mi w głowie moje własne słowa. Tyle wystarczy po co mówić więcej, chłopak nie wiadomo czemu nie ma dziś dnia, nie naciskam, po co? O sobie też specjalnie nie chce mi się mówić.

Ale w ciszy za długo nie wytrzymaliśmy i zaraz wróciliśmy do gadania, o tym, o tamtym i jak już zaczęłam mu opowiadać o jedynym, choć ciemnym miejscu ważnym na mapie mojego miasta pani Kasia, zwykle do rany przyłóż nie wytrzymała.

-No nie gadajcie, bo nie pakujecie. Zaraz ci Renia Włodka zabiorę…

-Ale my przecież pracujemy – próbowałam się bronić.

-Jak rozmawiacie to on nie patrzy na to co robi, tylko patrzy ci w oczy- ciągnęła mi burę po rozmowie, zwykle miła pani Kasia.

-Ale ja mogę pracować bez patrzenia na swoje ręce, mam refleksy, nauczyciele mi to mówili, matka mi mówiła, ojciec mi mówił i ja to wiem – dodał od siebie mój współ-towarzysz niedoli breloczkowej.

Kiedy w końcu pani Kasia z nas zeszła, poszła szukać nowych zleceń czy cokolwiek innego postanowiłam mu wytłumaczyć

-Mówi się refleks nie refleksy. Refleksy są jak ktoś ma na przykład czarne włosy i takie jasne pasemka to są refleksy.

-Rozumiem.

Połamańce językowe i dziwne sytuacje. Poczułam się jak dziecko w szkole, które nauczyciel wyzwał za brak uważności i to przy innych ludziach. Tylko, że nawet mi nie było głupio. Było przezabawnie, choć starałam się za mocno nie uśmiechać. I tak mi się gęba uchachała.

Ni z tego ni z owego i koledze się wykrzywiła w uśmiech facjata.

-Co?-zapytałam.

-Nic.

-No co, mów?! – zapytałam powtórnie.

-Coś mi się powiedziało, bo czasami ja gadam do siebie…

Dziwne, nic nie usłyszałam. Chyba miało być coś o myśleniu, o słowach które tylko głowa zna, a świat jest na nie głuchy.

-… za długo jestem sam – kontynuował.

-No jak sam? Zobacz ilu tu jest ludzi.

Nie ciągnęłam dalej z dwóch powodów: raz, że jak zwykle go ktoś po coś gdzieś zawołał, dwa nie bardzo rozumiem dlaczego mówił w czasie przeszłym o ojcu, matce… Dziwny chłopak, daje mi do myślenia. I w ogóle ostatnie tygodnie dają mi do myślenia. Czuję, jakby mi się zmieniło światło z czerwonego na żółte. Powracają do mnie kwestie niesamowitych męskich zapachów, zmiany intonacji głosu.

Moje wewnętrzne zwierze jest niespokojne…

USŁANE REMONTAMI

-przepraszam, gdzie znajdę fugi do płytek podokiennych

– a po co fugi? ja wypełniam je tą samą zaprawą co przyklejam – wyrwało mi się w sklepie do przypadkowego kupującego, jakbym była co najmniej sprzedawcą.

Ciągle zapominam, że istnieje coś takiego jak różnica płci… chociaż z drugiej strony. Z ochroniarza albo bardziej ochroniarki, sprzedawczyni, mnie i klienta, poczułam, że wiem najwięcej w tym temacie. Owe panie odesłały pana pytającego w inne miejsce sklepu, na konsultacje ze sprzedawcą, podkreślam sprzedawcą.

Dziś zamontowałam moją techniką trzeci parapet zewnętrzny. Pierwszy ma już ładnych kilka lat. Pamiętam jak dziś, jak się cieszyłam z jego zaistnienia. Przez kilka dni, co podeszłam w okolicę okna to sprawdzałam czy nadal tam jest. To nie przestawało mnie uszczęśliwiać. Podchodziłam, odsłaniałam firankę, otwierałam okno i dotykałam. Bycie twórczym sprawia dużo radości. A uczenie się jest jak zdobywanie szczytu, pokonywanie własnych słabości i niewiary. Tak to było kilka dni temu, kiedy po raz pierwszy udało mi się obsadzić parapet wewnętrzny. Zrozumiałam, że pianka nie jest taka straszna… nie wybucha ani nie ucieka. Wystarczy tu podkuć, tam docisnąć, przyklinować, zapiankować, zatynkować i gotowe. Teraz w planach mam zapoznanie się z prądem a konkretnie gniazdkiem elektrycznym.

Pewnie można podzielić kobiety na takie i inne. Pewnie trudno mnie zmieścić w jakieś rozsądnej przegródce. Nic jednak na to nie poradzę, że nie bawi mnie patrzeć jak rosną paznokcie, albo leżeć gdzieś plackiem na solarium, a potem się odchudzać od tego bycia kobietą. Za mało ruchu sprawia, że czuję się starsza, niż w rzeczywistości jestem. Taka zastana, skostniała i mało elastyczna.

Zamurowuję więc swoje serce w ścianie, posadzkach, parapecie czy kafelkach. I jestem z tego dumna. Nie jest sztuką przeżyć życie tak jak nakazują normy i kanony, sztuką jest przeżyć życie tak, aby nie wejść w błoto, szukając możliwości bycia w kanonie za wszelką cenę.

Ku pamięci

Nie ma lekarstwa na śmierć. Co rusz ktoś odchodzi, czy tego chcemy czy nie. Ale czy na pewno całkiem odchodzi? Myślę, że nie. Zostaje w nas jej cząstka. Dobrze jeśli zostaje ta najlepsza, ta o której nie chcemy zapominać, taka którą chcemy mieć na stałe. Warto pielęgnować pozytywne emocje.

W tym roku pożegnałam jednego znajomego, dobrego znajomego. Jakiś czas temu odwiedził mnie we śnie. To był dobry sen 🙂

 

chwila

obudził mnie śmiech
mój własny radosny
przez sen się przedarł
snem mi przyniósł słowa
i snem mi jego przysłał

powiedz mi mów jeszcze
mów o tym co byś chciał
powiedzieć gdybyś mógł
stojąc tutaj przy mnie
ja tulę się w każde słowo
którym mnie obejmujesz
oddycham nim głęboko
za nas dwoje oddycham

jest mi tak bezpiecznie
i uśmiecham się głośno
choć śmiesznie nie mówisz
bo te ciastka i podłoga
to przecież tylko dekoracja
do naszej starej przyjaźni
która już się przeniosła
w inny wymiar prawdy

20.10.2018

NA CZTERY LATA

No i kto tworzy rzeczywistość? Kto jest na tyle odważny żeby odejść od telewizora, komputera, telefonu, paczki chipsów i kto go tam wie czego jeszcze i pójść zawalczyć o swoje poglądy? Tak, na pewno wiesz kto…

W tym roku zaangażowałam się w wybory trochę bardziej niż zazwyczaj. Chciałam je zobaczyć od innej strony. Udało mi się dostać do Okręgowej Komisji Wyborczej.

Kiedy o tym mówię komuś znajomemu, pierwsze jego pytanie brzmi: za ile? Nikt nie zapyta: dlaczego? Jakby największym i najważniejszym miernikiem mojej decyzji były pieniądze. Otóż, nie były one najważniejsze i tak naprawdę niewiele mi z nich pozostanie, bo potraktowałam je jako inwestycja w siebie. I po kobiecemu przehulałam na wygląd „wyborczy”.

Czy żałuję czasu poświęconego na wydawanie kart wyborcom? Nie. To było bardzo interesujące doświadczenie, które pozwoliło mi zobaczyć społeczeństwo w zupełnie innym świetle.

Życie w lokalu wyborczym zaczyna się godzinę przed jego otwarciem. Kończy po przeliczeniu głosów. Są dwie komisje: do głosowania i do liczenia. Na początku trzeba porozwieszać wszelkie plakaty informacyjne, ostemplować karty do głosowania, zabezpieczyć urnę itp.

Pierwsi chętni do oddania głosów zjawiają się już kilka minut po otwarciu lokalu wyborczego i właściwie do południa w przewadze są to osoby bardzo wiekowe. Może nie dosypiają, może mają za dużo czasu, może męczą ich choroby, może…

Jednak to właśnie oni są pierwsi do budowania kraju na swoją modłę. Oni wierzą, że mają moc sprawczą, że nic samo się nie zrobi i że nie oddaje się swojego losu w niewolę „obcych poglądów” bez walki. Pokładają przy tym tyle nadziei w samo przedsięwzięcie, że niejeden młody mógłby się od nich uczyć. Właśnie osoby starsze najmocniej mnie zaskoczyły. Nie protestowały, nie kłóciły się ot choćby o „schody” które nie były im przyjazne. Z trzęsącymi się rękoma, słabym wzrokiem, o kulach – wdrapywały się na piętro, a potem… bywało, że zapominały własnego adresu, ale na kartkach miały pozapisywane nazwiska osób na które zagłosują. Co ważne osoby starsze były najbardziej skore do żartów, takich lekkich, towarzyskich i sytuacyjnych.

Zobaczyłam przekrój lokalnego społeczeństwa. Wiadomo, że chory spotka w kolejce do lekarza innego chorego, student na studiach studenta, na koncercie sprawny ruchowo innego sprawnego. Tam, w lokalu nie było ważne czy ktoś lubi piłkę nożną, operę, gry komputerowe, szydełkowanie czy łowienie ryb. Tam, spotkali się wszyscy z wszystkimi. Ci zwykle schowani przed drugimi w domu, pracy czy życiu rodzinnym. Młodzi i starzy, niscy i wysocy, wyznawcy takiego i innego Boga… wszyscy którzy choć trochę czują, że ich istnienie tutaj jest potrzebne i może posłużyć do budowania przyszłości całego narodu.

Przybyło kilku maruderów, którym się coś tam nie spodobało i mieli potrzebę po pierwsze wykrzyczeć swój punkt widzenia, a po drugie, po wyjściu z lokalu opisać go na kartce i wysłać gdzieś tam. Byli ludzie ze specyficzną taktyką głosowania np. była osoba dla której najważniejsze było ile kandydaci na… mają lat. Byli kalecy fizycznie. Były osoby od których alkohol można było wyczuć na odległość. Byli ludzie prości, ledwo umiejący się podpisać i osoby z wyszukanymi parafkami. Były osoby otwarte na innych ludzi i osoby zjeżone społecznie. Byli też żartownisi „na czasie”, którym się włączyło RODO i nie chcieli podać swojego adresu, a żeby było śmieszniej adresu już w dowodach osobistych nie ma.

Ciekawi mnie tylko, czy zjawili się ci, którzy na co dzień najgłośniej krytykują władzę? Czy mieli tyle siły, żeby wyprzedzić ludzi, którzy mają już prawie sto lat, ale zmierzyli się z trudną drogą do Urny i dotarli do niej? Czy może w tym czasie owi hejterzy leżeli na kanapie zakładając hodowlę niezadowolenia z systemu, na następne lata?

Nasza ekipa Komisyjna bardzo szybko się zgrała, jedno zapełniało chwilową nieobecność drugiego, dobrze podzieliliśmy się funkcjami, było naprawdę miło, sprawnie i profesjonalnie. W atmosferze wzajemnego zrozumienia przebrnęliśmy czternaście godzin plus dwie dodatkowe na zamknięcie i otwarcie lokalu. Potem weszła Komisja licząca głosy. Zakończyliśmy głosowanie z frekwencją 54 % i coś po przecinku. Siedemnaście osób ogarnęło obszar który zamieszkuje ponad dwa tysiące ludzi. Siedemnaście osób (powinno być osiemnaście, ale jedna osoba licząca nawaliła) było potrzebnych do tego, aby 1212 osób mogło oddać swój głos. Czy to dużo? Wygląda na to, że wybory są kosztowne. A oto efekt naszej pracy.

blog175

Czyż nie jest piękna? Nasza „Urnusia” W niej leży 1212 ludzkich próśb o dobre jutro.

STAN NIE PROCENTUJĄCY

Tydzień bez pracy, a mnie już nosi. Mam czas, sporo czasu. Nawet mi nie przeszkadza późno wieczorna piesza wycieczka do sklepu, co dziwi, bo już od kilku lat nie preferowałam takiego sposobu spędzania czasu wolego, uznając go za stratę czasu. Tyle miałam na głowie. Teraz mam tylko kilka z zajęć, które wcześniej nazwałabym dodatkowymi. W obecnej mojej sytuacji uznaje je za bonus, to tak zwana praca społeczna wypracowana na gorsze dni. Dziś nawet pies może liczyć na cud, wynikający z mojego oczekiwania na coś nowego, w sensie etatu. Spacer był i mi i jemu potrzebny. Tak przyjemnie się wędrowało, bo po upalnym dniu wreszcie przyszedł chłód, który ostudził mi wszystkie zgrzane poszukiwaniem pracy neurony i odsunął mnie trochę od myślenia.

Po drodze minęliśmy wątpliwego pochodzenia składowisko części samochodowych, które nie wiedzieć czemu miało otwarte wrota, tak, że chyba pierwszy raz odkąd powstało, a było to lata temu, mogłam zajrzeć do środka i oblukać teren zwykle niedostępny. Nie przeoczyłam też jegomościa spożywającego alkohol: w samotności, na zakręcie nieoświetlonego terenu, na szybko, ze spuszczoną głową i nieobecnym spojrzeniem. To był zapewne jeden z tych alkoholików domowych, który zanim zawita w progi rodzinne musi sobie zrobić duży odlot.

Dotarłam wreszcie do sklepu.

– Cześć – usłyszałam od mijanego człowieka.

– Cześć – odpowiedziałam i oddaliłam się czym prędzej we wnętrza sklepu.

Hmm, no bo w sumie dlaczego nie miałabym mu odpowiedzieć. Fakt, znaliśmy się lata temu… dwadzieścia siedem, czy jakoś tak… Ale co się po drzewach nabiegaliśmy za czereśniami, wspólnie z resztą dzieciaków to nasze, co się w opuszczonym domu nabawiliśmy to nasze, co się w życie nauciekaliśmy i naukrywaliśmy przed jego właścicielem to też nasze i te bunkry i sąsiedzi, to też jest nasze. Dużo czasu minęło, wiele się zmieniło, tamta ekipa nie istnieje, każdy poszedł w swoją stronę. Żyto nadal, co roku rośnie na tamtym polu, opuszczony dom się rozsypał i teraz jest tam małe osiedle, a czereśnie… nie ma już czereśni.

Mimowolnie obserwuję tego chłopaka. Jest niewiele ode mnie młodszy. Od lat się do mnie nie odzywał. Teraz pewnie mnie z kimś pomylił. To jedyny chłopak, który swego czasu dostał ode mnie liścia. Do dziś nie wiem, czemu wtedy aż tak mocno zareagowałam, jakieś monstrum we mnie wstąpiło, bo na co dzień nie podnoszę ręki ani na ludzi, ani na zwierzęta. Mniejsza o powód, bo wtedy nawet nie poszło o mnie, to było w obronie kogoś innego, ale…

Chłopak się stoczył, ciągle widzę go w towarzystwie dorosłych, lokalnych alkoholików, gdzieś pod płotem dyskutujących o czymś. O czym? Nie wiem. Zwykle jadę wtedy samochodem, a ich mijam bokiem. On jakoś do nich nie pasuje, bo mimo wszystko to sympatyczny chłopak, często się uśmiecha, prawie mu ten uśmiech z twarzy nie schodzi. Może właśnie ten uśmiech postawił go w rzędzie wioskowych głupoli? Nie wiem. Rodziny chyba nie założył, pracę prawdopodobnie jakąś ma. Wybrał los człowieka bez przyszłości. Dlaczego? Musiał mieć jakiś powód, tylko kto to wie, jaki? Może on sam tego nie wie. Woli odrywać się od rzeczywistości, bo choć chwila tam, daleko od życia codziennego, daje mu więcej niż cała reszta czasu spędzona tu.

blog174

Wróciłam do domu. Ja i pies wróciliśmy. Pies był bardzo kontent.

Ciekawe jak długo jeszcze będę odpoczywała i chłonęła te wszystkie odgłosy życia w zaciszu domowym. Te dziwne dwuznaczne teksty przypadkowo spotykanych ludzi, na przykład śmieciarza, że jak przyjdzie na noc to mi sam śmietniki wystawi, aha na pewno… i będę zadowolona… aha, wolne żarty. Albo te persony, które wyrastają przede mną, jakby chciały mnie cofnąć w czasie…

Nie, nie chcę już odpoczywać, to zbyt męczące.

PUNKT SUKCESU

Kiedy ostatnio odwiedziłam góry, miałam wiele czasu na przemyślenia. Wiele, bo i wyjazd był dłuższy niż za poprzednich lat. A wieczorami, opisałam chyba wszystkie emocje jakie mi towarzyszyły za dnia. Taki był mój plan, wyciągnąć z siebie co się da, kiedy nic z codzienności nie przeszkadza. Kiedy umysł jest spokojny, bo daleki od nakręcania się na zmiany, zadania i wymyślania sobie dziwnych celów. To tak na zapas zapisałam. Kiedy już będę na równinach i obarczona obowiązkami zechcę się przenieść, choć na chwilę do ciepłych miejsc, wtedy sobie przypomnę do nich drogę.

No właśnie, bo jak to jest z tymi celami? Celowość to jakiś długoplanowy zamysł, gdzie przewiduje się sukces. Według planu, krok po kroku realizuje się cele pośrednie prowadzące do celu głównego. Tylko skąd ten cel się bierze.

Nie jestem dobra w planowaniu sukcesu. Zapewne dlatego, że nie wiem co mogłoby tym sukcesem być. Wszystkie cele, które swego czasu sobie stawiałam realizowałam, ale chyba tylko w połowie, bo ustalałam sobie sam punkt celu, a nie długookresowe utrzymanie się w tym punkcie. Docierałam do celu i wyznaczałam sobie nowy, mały cel. Nigdy nie określiłam sobie punktu sukcesu. Może przez życie idę po pagórkach, a nie po grzbiecie.

Zabawne, że dopiero teraz do tego dochodzę. Pewnie moje dotychczasowe cele pochodzą po prostu z umysłu. Uczucia zastąpiłam powinnościami. Zaspokajając potrzeby wszystkich tych, którzy w danym momencie życia związywali swój los z moim. Jak trybik w machinie świata chciałam działać w służbie i na służbie. Jakaś szkoła, rodzina, praca, dom… Tak, to wyglądało logicznie. Jednak takie życie nie dawało mi czegoś, czego potrzebowałam, czegoś trudnego nawet do nazwania. Nie żeby wszystko było źle, czegoś po prostu brakowało do pełni.

Najgorsze jest to, że gdy docieram dziś do tej pełni, nadal nie mam w głowie punktu sukcesu. Moje serce jest spokojne, głowa też. Dogadały się co do posiłków, sposobów na zachowanie obopólnego zdrowia, wybrały formę ruchu, określiły kwestię osoby drugiej, wyznaczyły silne granice, wręcz ustawiły zasieki na każdego, kto zechce je ze sobą skłócić, ale nadal nie mogą znaleźć planu na zarabianie na siebie. Może to właśnie jest ten poszukiwany przeze mnie punkt sukcesu. Być w zgodzie wewnętrznej i po prostu móc być.

blog173

Według moich dawnych planów, niewiele mi już zostało tutaj czasu. Coraz częściej się zastanawiam, czy aby na pewno nie chcę zobaczyć jeszcze wnuków. Jakie to oklepane. Ale czemu nie klepać po innych? Skoro taki etap przychodzi w życiu. Najbardziej jednak boję się tego, że jeśli zostanę, to przyjdzie mi dożyć do setki, a jak bez punktu sukcesu dożyć w wewnętrznej zgodzie do takiego wieku?

KU NOWEMU

Już tylko osiem dni roboczych pozostało mi do końca wypowiedzenia. Tylko osiem razy przejadę trasę znaną mi na pamięć, tylko osiem razy wrócę nią. Osiem razy zmienię buty na robocze, osiem razy się przebiorę i włączę krajarkę… osiem razy.

Atmosfera w pracy w ostatnich dniach zrobiła się jakaś gęsta. Odkąd jestem na wypowiedzeniu to nawet szef jest jakby milszy. Refleksyjnie mi jest. Gdzieś na bok odsunęłam główny powód swojego odejścia. Zaczynam sobie przypominać jak to było na początku, jacy byli ludzie tam pracujący, atmosfera, pomieszczenia, sprzęty… Podjęłam tam pracę, bo właśnie ludzie mi odpowiadali. Bez tego żadna praca mnie nie usatysfakcjonuje. Tak wiele się zmieniło przez te pięć lat. I ja się zmieniłam. Chwilami mi nawet smutno. Kończy się jakiś etap. Jaki był, taki był, ale był i stworzył część mnie. Pracownika, który momentami naginał się po samą ziemię, a momentami tupał nóżką. To tupanie było najgorsze. To tupanie mnie wykańczało. Proszenie wciąż od nowa o jedną małą rzecz, której koniec końców naprawienie zajęło pół godziny, kosztowało mnie swego czasu dwa lata męki, bo niesprawny sprzęt to prawdziwa udręka. Krew lała się z ran, bo ktoś nie miał… czasu, chęci, narzędzi, pieniędzy – całego worka wymówek… na naprawę.

W ciągu tych lat przez firmę przewinęło się trochę osób. Jedne zapadły mi w pamięci dobrze, a drugie szybko wymazałam. Jednakowoż każda mnie czegoś nauczyła, albo coś uświadomiła, czego sama nie zauważałam, tak bardzo bowiem przyrosłam do tego miejsca i tak do końca zaakceptowałam reguły tam panujące.

Chwilami żałuję, że nie posłuchałam swojej intuicji, można było wyjść z tego kramu wcześniej. Wtedy, kiedy kończyła się poprzednia umowa, czyli w grudniu. Wtedy, kiedy skończył się dla mnie Tookapic, blog na Onecie, mogła się i ta praca skończyć. Tym bardziej, że od pewnego czasu wiedziałam, że czegoś w tej firmie jest za dużo, bo ileż można chorować. Moje ciało krzyczało, a ja go nie posłuchałam, więc musiał się włączyć umysł. W końcu zrozumiałam, że te ciągłe przeziębienia nie są tylko skutkiem strat tamtych dwóch miejsc, ale natychmiastową potrzebą zmiany pracy. Tyle, że zgodnie z pewnymi zasadami nie powinno się zaczynać roku w jego połowie. A rok numerologiczny zaczyna się 20 września. Dotrwałam więc do sierpnia i to właśnie teraz zamykam za sobą wszystko co było, co tylko mi się uda zamknąć. Dopinam na ostatni guzik nową szatę z nadzieją, że nic z poprzedniej mi się do niej nie przykleiło. Zostawiam wszystkie złości małe i duże, a zabieram tylko to, co powinno prowadzić. Najpierw jednak wykorzystam urlop. Potem przeżyję jakoś te pozostałe osiem dni, może przeżyję, mam nadzieję, że przeżyję je we względnym spokoju.

I odejdę w swoją stronę.

POCZEKAJ… NA MNIE

Jak to się zaczęło? … z braku innej możliwości. Rower odpadł, bo za daleko mam do pracy, poza tym trudno byłoby przewieźć na nim zakupy. Skakanka też nie miała szans, bo wszędzie w domu haczyła o wiszące lampy, na podwórku o trawę a na chodniku o nierówności. A ja bez ruchu to nie mogę funkcjonować, muszę coś robić, żeby się porządnie zmęczyć. Czuć ten ból mięśni.

Już ze trzy lata minęły odkąd po raz pierwszy założyłam dres i trampki i wybiegłam z domu. Biegłam od słupa do słupa. Sąsiad się ze mnie śmiał. Pewnie wyglądałam kiepsko. Taka krótkodystansowa i zdyszana. To był chyba najtrudniejszy etap biegania. Nie mogłam się przestawić, mój umysł generował tylko jedną myśl „już nie mogę”, moje płuca odmawiały posłuszeństwa, nie potrafiłam oddychać biegnąc, brakowało mi pojemności w klatce piersiowej. Biegałam najbardziej schowanymi przed ludnością drogami, żeby mnie tylko nikt nie zobaczył. Do dziś pamiętam jaką miałam radość, kiedy po raz pierwszy przebiegłam ciągiem tysiąc siedemset metrów. Po treningu wdrapałam się po schodach do domu i padłam w pokoju na podłogę, taka szczęśliwa. To był przełom.

Później były dwa kilometry i dwa siedemset. Co dwa dni, co trzy. I mimo, że mi mówiono „przebiegłaś jeden, przebiegniesz i dwa i trzy i pięć i maraton”. Trudno mi w to uwierzyć. Nigdy nie biegałam szybko, przez co stroniłam od jakiegokolwiek ruchu w tę stronę. Rywalizacje jeszcze ze szkoły podstawowej, do dziś kładą mi się cieniem na niektóre aspekty życia. No ale…

Pewnie bym nadal biegała wokół swoich dwóch kilometrów gdyby nie przypadek.

Po powrocie z treningu włączyłam sobie do kąpieli radyjko. A tam opowiadali o jakimś biegu, ba nawet o sztafecie 5×2 kilometry. Pomyślałam sobie, że chyba i ja byłabym w stanie to przebiec i przy najbliższym spotkaniu z bratową, podzieliłam się z nią ową myślą. Ta zamiast mnie wyśmiać uznała, że ona też się pisze. I tak się zaczęło poszukiwanie teamu. Raz był zebrany i ktoś się wycofał, potem znowu ta sama sytuacja. Nie wyszło i tyle. Nawet się ucieszyłam, bo już mi się przed oczami pojawiały stare kompleksy i myśl, że zawiodę choćbym nie wiem jak się starała, nie pobiegnę szybko, bo tak jestem zbudowana. Ale… pewnego dnia bratowa oznajmiła mi, że ma piątą osobę. No i stało się… wymyśliłam, dałam propozycję trochę nieprzemyślaną jak na tamten czas i musiałam ponieść tego konsekwencje. Choć tym czego najbardziej pragniemy, jest to przed czym uciekamy, pragnienie takie jest bardziej wyzwaniem, lekcją, albo nawet przeszkodą z którą należy się zmierzyć.

Na początek kupiłam sobie buty do biegania. Po tych prawie trzech latach biegania w rozklekotanych trampkach zasłużyłam na nowe buty. Ogromne było moje zdziwienie po jednym treningu w takim obuwiu. Sto dziewiętnaście złotych i życie staje się piękne. Przestały mnie boleć łydki. Mogłam przez to biec szybciej, aż do utraty tchu. Czas na dystansie zwykle pokonywanym zmniejszył mi się o dwie minuty. Nabrałam wiatru w żagle i poleciałam dalej. Teraz biegam trzy tysiące sześćset metrów. Przedłużyłam dystans ale z szybkością cały czas jest tak sobie. Mijają mnie wszyscy biegacze. Już chyba wolę jak biegną z przeciwka. Choć jedno się zmieniło, dłużej mnie doganiają.

A sztafeta? Wszystko sobie w teamie rozplanowaliśmy. Biegłam pierwsza żeby mnie „poniósł tłum”. Potem mieliśmy zmiany na coraz szybszych, żeby mijali tych co to już trochę czasu biegną, bo to był bieg łączony. Sztafety biegły w tym samym czasie i na tej samej trasie co pojedynczy biegacze na dystansie dziesięciu-kilometrów.

Upał na ten wielki dzień zelżał, zrobiło się chłodno. Od rana chmury ciągnęły się po niebie to w prawo, to w lewo. Słońce nie raczyło się uśmiechnąć ni razu. W trakcie rozgrzewki nawet porządnie popadał deszcz. Po twarzach biegaczy płynęły strużki wody od włosów po czoło, policzki, brodę… Stałam na starcie czekając aż zawyją syreny na pamiątkę wydarzeń 28 czerwca 1956 roku, przemoknięta. Patrzałam w te kałuże które wyrosły na ulicy w przeciągu kilkunastu minut.

To takie dziwne, przeszłam na drugą stronę. Zwykle fotografowałam osoby biegające, a tym razem sama biegłam. Zamazał mi się obraz nieprzeciętnych szybkości i ostatniego miejsca. Przynajmniej na pierwszym kilometrze mogłam sobie pomarzyć, że w tym tłumie jestem całkiem przeciętna, nic poniżej. Dalej było trochę gorzej, ale nie ustałam ani na moment. Choć zrobiło się trudniej nie hamowałam. Dopóki za mną jeszcze ktoś biegł czułam się zwycięzcą. Jakaś staruszka stanęła przy trasie i kiwała i coś mówiła, że brawo. I to unosiło i dalej można było biec. Nie sądziłam, że to tak pomaga. Wreszcie dotarłam do drugiego kilometra i nie byłam ostatnią z biegaczy.

blog171

Kiedy robiłam sobie treningi, miałam więcej siły. W tłumie było mi ciężko biec i do dziś zastanawiam się, czy to była wina niekorzystnych warunków „bio-meteorologicznych” czy może bieganie w tłumie nie jest dla mnie. W szafie mam medal, mój pierwszy w życiu. Zasłużony, wywalczony i okupiony przygotowaniami. Cieszy moje oczy, ale bardziej chyba ducha. Gdzieś w tym wydarzeniu pogubiły mi się kompleksy. Mój umysł ciągle jeszcze nie wierzy w to, że pokonał strach.

Dobiegł… i był częścią grupy.

INNA JA

Obudziłam się dziś trochę później niż zwykle. Dziewiąta szesnaście, sobota, szesnastego czerwca 2018 roku. Fajnie było poleżeć w miodzie i pomyśleć jeszcze chwilkę, jeszcze kilka minut nad tym co przyszło w nocy, a może to było już nad ranem. Kto to wie? Całą noc śnimy i nad ranem śnimy. Jeden sen za drugim śnimy, śnimy bez przystanku kiedy śpimy.

Dziadek filozof mnie dzisiaj odwiedził. Cieszę się niezmiernie na każde jego przyjście. A dziś przyszedł obładowany towarem, jak Święty Mikołaj w Boże Narodzenie. Dostałam od niego sowity kąsek. Całą bombonierkę, a do tego pozostał mi jej posmak w ustach na dzień dobry. Czyli miałam sen z tych na miarę snu roku i do tego był to taki sen, który się pamięta po przebudzeniu. A rzadko miewam sny tak wysokiej klasy, które by mi świadomość pozwoliła zapamiętać. Sny o bliskości bez cenzury, bliskości wyszperanej w głowie z tych lepszych chwil, chwil szczęścia i radości.

Oblana całą gamą czułości siedzę teraz przy klawiaturze i zastanawiam się po co to? Co rozbudziło tę uśpioną część mnie? Część o której mało nie zapomniałam całkowicie, co dzień biegając pomiędzy domem, pracą i pasjami. Cześć wyrzuconą poza obręb zainteresowań, bo niedostępną, bo nieprzydatną, bo powodującą kłopoty i ciężkie do uniesienia konsekwencje.

A czynnikiem, który spowodował we mnie ruch, musiał być ten facet, co mi się niedawno nawinął przed obiektyw. W sumie facet jak facet. Mijam ich wielu każdego dnia, przechodzą obok, idą dalej, ja idę dalej. Szybko o nich zapominam. Są jak elementy krajobrazu. Tu dom, tam sklep, tu pies, tam czereśnie, tu autobus, tam facet, tu ja, tam praca… A on wpadł dosłownie na cztery ujęcia do mojego kadru i zamiast sobie pójść jak inni, siedzi mi teraz w głowie jak ta blaszka, która prawą i lewą półkulę mózgu chce ze sobą pogodzić.

Po wstępnej analizie zrozumiałam, że w tym facecie najprawdopodobniej jest zamknięty pewien kod na mnie. Specyficzne rysy twarzy: czoło, nos, usta. Włosy i sylwetka. Po prostu jak to się zwykło określać – to jest mój typ faceta.

Od razu powiedziałam dziadkowi filozofowi, że ja nie chcę, chcieć tego samego. Niech mi zmieni kody, niech mi odwróci bieguny, wypuści inne słońce na niebo, zasnuje stary kod chmurami ciemnymi, albo zrobi coś innego, żebym zdrowiej widziała, żeby mnie tak nie kusił ten szeroki uśmiech, loczki i boskie ciało. Diablo piękne istoty jadowite, niech mi już nie uruchamiają niepokoju i niczym nie ugaszalnego ognia niech nie rozpalają. Przecież są inne możliwości, inne oczka i włosy, inni faceci.

„Typ” świadczy przecież, jak to ujmuje psychologia o pewnych cechach charakteru. Każdy element twarzy, każdy ruch, tembr głosu (a głos też był niezły), każdy wykształcony tak, a nie inaczej mięsień to przecież ta sama bajka co u podobnych wizualnie. Ta sama kopia: zachowań, stylu życia, wyznaczania sobie celów, spędzania czasu i wreszcie traktowania drugiego człowieka. Nie doczytałam, bo nie znalazłam literatury na ten temat, ale podejrzewam, że i z budowy ciała mężczyzny kobieta potrafi wyczytać dopasowanie genetyczne, jakie mogłoby dać jej zdrowe potomstwo. Ale ja już potomstwo mam i nie planuję więcej.

blog170

I co w zamian dostałam od dziadka filozofa? Dostałam obraz, który nie ma jednej rysy… rysy twarzy. Nie zapamiętałam? Być może. Bardziej jednak obstawiam, że nie utworzyłam sobie nowego mężczyzny idealnego. Za to pojawił się nowy wzorzec zachowań. W moim śnie był spokój, było ciepło. Pojawiło się też porozumienie, jeden obóz, jeden cel i dużo, dużo czułości. W takim towarzystwie jak ten ktoś ze snu, to ja mogę sypiać co noc, po to żeby każdego ranka wracać do dnia, pełna po same brzegi, zupełnie jak dziś. Dziś jestem trochę inna, inaczej pachnę a może inaczej oddycham, nie wiem, być może. Jedno jest pewne, że to jestem ta inna ja.

„TAM”

O tak, kolekcjonuję momenty, zbieram je, segreguję i przechowuje. Ale nie, że wszystkie zachłannie tylko dla siebie samej. Część z nich umieszczam tu i „tam”. Chociaż „tam”, „tam” właśnie stanowi obecnie największą siłę napędową dla mojego działania. „Tam” czuję się jakbym pędziła po autostradzie, a ja uwielbiam szybkość. Bo „tam” najbliżej mi do sedna, do niczym nie wytłumaczalnego zadowolenia. Z tym zadowoleniem czuję się bardzo dziwnie. To takie zadowolenie jakiego nie chcę zrozumieć. Pozwalam mu żyć we mnie po prostu.

Dotychczas bywałam w spokojnym tłumie danym mi na pożarcie aparatu, zwykle była to niewielka garstka sympatyków jakieś idei, wymachiwali flagą, ktoś coś mówił przez mikrofon, kawałek dalej jakaś grupka znajomych dyskutowała, raz po raz ktoś gwizdał… tak mijały kolejne manifestacje, strajki, pochody i inne tego pokroju spotkania towarzyskie. Grzecznie, kulturalnie i szybko. Ostatnio jednak było inaczej.

blog169.1

Minął już tydzień i dwa dni od tamtego wydarzenia, a teraz dopiero zaczyna mnie opuszczać emocjonalny stan. Choć kiedy zamknę oczy jeszcze potrafię przenieść się we wspomniane miejsce, widzę obrazki (bo ja mam pamięć fotograficzną), słyszę krzyk i czuję tę energię. Potężna jest energia tłumu, ona porywa i unosi wszystkich jej uczestników, jakąkolwiek by pełnili w nim funkcję. Jak na dużych stadionach czy koncertach, gdzie wielotysięczne tłumy zestrajają się w jedną nutę. Razem skandują określony tekst i bujają się przy tym wspólnym rytmem.

Wiedziałam, że będzie grubo na „czarnym proteście” 23.03.2018 a, że akurat miałam urlop udałam się we wskazane miejsce popstrykać kilka fotek. Rzeczywiście trochę ludzi się zebrało. Pogadali, poskandowali, pokrzyczeli i właściwie to powinni iść do domu, ale nie. Nie tym razem. Tym razem padło hasło „pod zamek”! Wszyscy foto i audio obserwatorzy rzucili się na czoło pochodu. Trochę nas tam było. Nawet w międzyczasie zawarłam jakąś znajomość z imć panem, który od pewnego czasu uparcie mówił mi dzień dobry na podobnych imprezach. Już wiem dla jakiej gazety pracuje.

blog169.2

Pochód ruszył. I przyznam szczerze, że pierwszy raz czułam się tak bardzo na miejscu. Nikt mnie nie pytał po co to robię, nikt nie wypychał, popychał, przeszkadzał, nikt nie instruował, nikt nie chwalił ani nie gnębił. Każda z osób zebranych przed pochodem wiedziała, że należy uszanować tę drugą obok. Jednocześnie nikt nikomu nie pomagał. Każdy z reporterów był posłańcem z „innego królestwa”, a mimo to nie zauważyłam jakieś niezdrowej rywalizacji. Tu liczyły się sekundy. Każdy mógł je na swój sposób wykorzystać. W marszu, idąc tyłem, zaraz za policją, która konwojowała kilkutysięczny tłum w miejsce przezeń obrane nie było łatwo robić zdjęć. Warunki panujące ulokowałabym na trzecim miejscu pod względem trudności, w jakich dotychczas robiłam zdjęcia. Pierwsze to protest nocny, drugie festiwal kolorów, tu trzecie, a zaraz po nim rozgrywki na słabo oświetlonych halach sportowych.

blog169.3

Ludzie krzyczeli, ktoś niósł jakiś głośnik, ktoś megafon, ktoś plakat, wyły syreny, przejeżdżały „lodówy”. A uczestnicy szli obok siebie, niosąc na ramieniu własne emocje. Odwaga będąca wynikiem mnożenia wszystkich odwag poszczególnych osób dała niesamowitą energię. W powietrzu czuło się jej zapach, a mała iskierka mogłaby spowodować wybuch. Taką eksplozję co to nikt już nad nią zapanować nie potrafi. Goniłam to całe towarzystwo, ruchem wstecznym i nie mogłam się nadziwić jak niewiele mi do szczęścia potrzeba. Być po prostu być, tak właśnie tu być, żeby potem mieć i opublikować choćby „tam”.

blog169.4

Dziś przeglądam zdjęcia i aż mnie ciągnie w stronę modlitwy. Jak ja bardzo to lubię, lubię te uśmiechy łapać i te emocje. Nie chcę po raz kolejny się wikłać w historię z rychłym końcem, jak to już kilka takich było. Czy znów, kolejny raz ty, co mnie oceniasz i przestawiasz na polu swoich oczekiwań, czy ty znów zabierzesz mi coś co pokochałam robić? Nie mam pisać? Nie mam czuć? Daj mi chociaż utrwalać…

GROSZOWE SPRAWY

Ostatnio pełno jest we mnie niepokoju, tęsknoty jakiejś niesprecyzowanej. Czuję się tak, jakbym stała przy oknie i patrzała na świat, któremu jest do mnie jednocześnie daleko i blisko. Męczą mnie wykonywane zajęcia, męczy mnie ich powtarzalność. Niby ciągle jest mnóstwo pracy i nudzić się nie nudzę, ale coś we mnie każe patrzeć, wypatrywać czegoś, jakiejś okazji do zmian, może ucieczki w coś nowego.

Najlepiej się czuję, kiedy będąc w pracy zostaję sama na hali. Kiedy współpracownicy pójdą na inną halę. Wtedy wiem, że nie wciągnie mnie jakaś dyskusja, po której wychodzę na moralnym kacu, bo mówiłam sobie, że nie będę zła, a ktoś podkręca spiralę stresu i próbuje mnie w nią wciągać, ja nie chcę…! I co, że zepsuło się to albo tamto, a tamten kolega wciąż popełnia takie same błędy i jeszcze zgania winę na kogoś zupełnie niewinnego. Znam to, od wczoraj, od miesiąca, sprzed roku, dwóch lat… wiem, wiem, wiem…WIEM! Te same słowa wciąż płyną, te same sytuacje… mowa, która jest setki razy powtarzana i która nie staje się ciałem. Wiem, gdzie ktoś zrobi błąd, czego komu zabraknie, o czym ktoś zapomni, a kto się zajmie naprawianiem sprzętu. Martwy punkt, cisza, mimo to stabilność, bezpieczeństwo i impas. Życie w pracy jest jak życie w długotrwałym związku wieloosobowym. Wielka, mała rodzina, która dużo o sobie wie. Stoisz przy niej co dnia i co dnia się u jej stóp przewracasz, no ale niestety, tak właśnie skonstruowany jest świat, że trzeba pracować jakoś, żeby funkcjonować na zadowalającym poziomie.

Doszłam do wniosku, że brakuje mi nowych ludzi. Myślę o tym, jak to było kiedyś, gdy co chwila trafiałam do innej pracy. Fajne były te wstępne rozpoznawania współpracowników. Jeszcze nie poznani mogli mnie częstować swoimi zwykle powtarzanymi tekstami, dlatego, że ja nie wiedziałam, że stosują je z dużą częstotliwością. Pewnie tak się do nich przywiązali, że są dla nich ważną prawdą, dewizą albo przepisem na życie. Każdy ma takie swoje wywyższone powiedzonka albo historyjki, ja, ty, jakiś on albo jakowaś ona. Jesteśmy do siebie podobni w tym względzie. W kółko je opowiadamy, wypełniając je tymi samymi kolorami kredek. To nasze malowidła ścienne.

Teraz w pracy mam całe ściany zapaćkane tymi naleciałościami współpracowników, klientów i własnymi doświadczeniami. Jakież to pstrokate. Wszystko pstrokate, nawet poezja mi pstrokata wychodzi…

rozbiłam świnkę skarbonkę
mam teraz mnóstwo bilonu
jeden dwa grosze dziesięć
i wielki do siebie żal
o to szkło na podłodze
24.01.2018