SPOKOJNIE TO TYLKO ĆWICZENIA

A jeśli to wszystko byłoby naprawdę. Nie uśmiechalibyśmy się do siebie pod nosem. Nie dyskutowalibyśmy z przypadkowym rozmówcą współewakuowanym, jak dyskutuje się w kolejce przy kasie. Nie komentowali wytyczonej drogi ewakuacji, że naokoło. I co najgorsze na pewno nie bylibyśmy tak spokojni w ruchach. Śmiem twierdzić, ba jestem tego pewna po obserwacjach życia na stołówce, gdzie podczas dodatkowej przerwy niektórzy chcą mieć swojego wyszukanego loda, go chcą i koniec i zrobią wszystko by go mieć. Będą się przepychać królując nad zamrażarką, rozrywać spakowane jeszcze kartony, rozkładać łokcie tak by innych bolało z nimi spotkanie. Człowiek dziki, egoistyczny, zawsze głodny: pożywienia, pochwał, pieniędzy … okrutny, bo pływający w mule.

Wyją syreny aż bolą uszy, wokół czerwienią migają koguty, ktoś coś krzyczy przez megafon. Wszyscy wiedzą, że to ćwiczenia. To nie pierwszy raz, pewnie nie ostatni, wychodzą na zewnątrz, zadowoleni na myśl o kilku minutach odpoczynku na świeżym powietrzu.

Wyobraziłam sobie, jakby to było gdyby rzeczywiście wybuchł pożar. Czy ktoś szedłby spokojnie na miejsce zbiórki? Każdy przecież ma rodzinę i tą lampkę w głowie, która jakby co od razu zapala się na czerwono. Dlaczego? W moim miejscu pracy jest specyficzny klimat. Rozpuszczalniki, rozcieńczalniki, alkohol, farby… chemia dosłownie wisi w powietrzu. Gdyby pojawił się ogień to rozprzestrzeniałby się bardzo szybko. I każdy pracownik ma tego świadomość.

To, że ktoś posłusznie idzie wyznaczoną drogą, kiedy jest piękna pogoda nie znaczy, że na tej samej drodze w momencie gdy zacznie padać deszcz pójdzie równie spokojnie. Nikt nie chce być rażony piorunem.

Jeśli ogromna ilość ludzi rzuci się do drzwi, to co poniektórzy zostaną po prostu stratowani. Stratowani zalegać będą w pobliżu wyjścia. Tym samym szansa na wydostanie się z obiektu może znacznie zmaleć.

Uśmiechamy się do siebie, że gaśnica, apteczka, krótkofalówki. Czy to wszystko znajdzie się ot tak, gdy rzeczywiście będzie potrzebne? Czy pan i pani od poważnych funkcji nie będą akurat w ubikacji, albo na innym dziale, albo może urlopie…? Czy nie zginie jakiś kluczyk, albo ktoś czegoś nie usłyszy… zignoruje?

Kiedyś słyszałam opowiastkę ze szkolenia ewakuacyjnego w pewnej firmie. W ramach akcji pojawił się nawet sztuczny dym. Wyglądało to tak, jakby pożar był faktem niepodważalnym. I co zrobili pracownicy? Kobiety pobiegły do szatni po torebki. To było najważniejsze, te sto złotych w portfelu, albo jakaś karta bankomatowa, dowód, klucze, ulubiona szminka. Nie żebym krytykowała kobiety. To był zakład pracy typowo kobiecy. Mężczyźni na pewno też pobiegliby do szafek po jakieś swoje ważne przedmioty.

Nie wiem jak zareagowałabym ja sama. Mimo, że staram się ciągle i ciągle być lepszym człowiekiem, popełniam błędy jak inni. Stojąc w miejscu zbiórki, na trawniku zastanawiałam się nad tym co by było gdyby… jak na filmach ktoś krzyczał „to nie są ćwiczenia”. Gdybym poczuła, że moje życie, zdrowie i uroda są zagrożone. I ta, albo tamta osoba, której nie lubię przewróciła się po drodze i w tym całym zamieszaniu pierwszy raz widzę u niej strach, łzy albo inne nie pasujące do niej zachowanie. Czy bym się zatrzymała, czy wygrałby strach o siebie?

Potworną myśl mi dziś zadał świat. Wciąż widzę przed sobą te wąskie drzwi i całą masę ludzi, setki istnień. Życie każdego jest ważne, bo każdy jest tu z jakiegoś powodu, ale gdyby wybuchła panika? Wystarczy jeden wichrzyciel, jeden który zacznie biec, krzyczeć w nie wiadomo którym języku, ktoś kogo nikt nie uciszy w porę, ani nie da mu po prostu po mordzie… ten z nosem u samego dołu zamrażarki, szukający swojego ulubionego smaku loda, ten który zdobywa to czego chce i to za wszelką cenę.

Mam nadzieję, że nie będę musiała się z tym zmierzyć… nigdy.

RZĄDZĄCY I RZĄDZONY

-Pani Renato, ma pani te tekturki?- usłyszałam za plecami znajomy głos.

-Pani Gosia mi kilka przyniosła-odpowiedziałam.

-Ale to są te, co leżały przy windzie? – nie ustępowała moja rozmówczyni.

-Nie wiem.

-Ale, czy sprawdziła pani czy są koło windy?

-Nie mam czasu- odburknęłam zniecierpliwiona dość mocno natrętem.

Pomyślałam sobie wtedy, że coś tu nie jest tak, jak być powinno. Pani Agnieszka pracuje w firmie od kilku dni. Została wprowadzona na halę i przedstawiona jako szefowa zmiany. Nie wiem, gdzie pracowała wcześniej i na jakim stanowisku. Jednak nie widziała jak klarowała się grupa. Przez ile przechodziła etapów zanim zaczęła swoją pracą przekraczać normę.

Pojawiały się tutaj różne osoby. Jedni pretensjonalni, po jednej nocce rezygnowali twierdząc, że to obóz pracy, inni zbyt powolni. Maruderzy i lenie, którym najwidoczniej należały się pieniądze za samą obecność. Rotacja ukształtowała się na wysokim poziomie. Niechlubni rekordziści obecności to parka: Zuzia i Brajan, którzy wytrzymali cztery godziny pracy, czyli do pierwszej przerwy. Tacy ludzie zapewne są stworzeni do… wyższych celów.

Nie jest łatwo szefować grupie, do której ciągle kogoś dokładają. Galopujące bezrobocie daje zgniłe owoce. Przychodzą osoby zrezygnowane, smutne i o zgrozo niedomyte. Oni nawet szanse zmarnują, bo nie widzą potrzeby się starać, w końcu to praca sezonowa, bez długofalowych perspektyw.

Teraz pewna ilość osób w grupie ma szybkość. Kiedy dociera ktoś nowy, ma podwójnie trudno. Po pierwsze nikogo nie zna, nie wie jak i do kogo się odezwać, przez co jest wystawiany na próby. Po drugie widzi jak wiele mu brakuje, do tych szybszych. Tu musi podjąć decyzję, goni albo odchodzi. Dla porównania: nowi, słabi czy mało zmotywowani pracownicy robią kółeczko w trzy minuty, osoby ze stałej ekipy potrafią zrobić jedno w minutę. To stanowi wyzwanie.

Obsługując „utrząsarkę” czuję kiedy ludzie zwalniają pracę a kiedy przyspieszają. Przy dziewięciu osobach na hali, jest co robić. Kiedy nie mam czasu napić się choćby łyka stojącej obok kawy to żadna siła mnie nie zmusi do poruszania się przy windzie w poszukiwaniu tekturek. Pani Gosia o tym wie. Pracuje w firmie od lat. Nie zapyta mnie nawet czy przynieść, czy mam? Ona sama mi poda. A pani Agnieszka … ?

Widzę jak próbuje sobie szukać swojego człowieka, wśród pracowników, wśród ludu. Dziwna jej się trafiła osoba. A kto taki? Beata, zawsze obecna… no prawie zawsze. Jest średnio lubiana. Nauczyła się pracować jak reszta, tyle, że jej higiena jest wątpliwa, więc raz jest wedle grupy w porządku, a raz nie do zniesienia (w zależności od ilości nowych, bo jak dużo jest nowych to cała uwaga grupy skupia się na nich). Beata ma dziwny wyraz twarzy, wiecznego braku zadowolenia. Nawet jak się uśmiecha, trwa to krótko i uśmiech ten kończy się jak ucięta nić, jednym szybkim ruchem. Całe życie ciężko pracowała, fizycznie. Otóż Beata widocznie widzi, że może coś zyskać. Sugeruje zmiany jak podzielenie grupy na dwa obozy: szybciej i wolniej pracujący. Wedle mnie ten podział jest chybiony, bo ten wolny nigdy nie stanie się szybkim od samego patrzenia na szybkiego, a szybkiego bierze niechęć jak widzi, że wolny nie musi się starać, a bierze tyle samo pieniędzy co on, bo pracują wszyscy godzinowo. Agnieszka te zmiany jednak wprowadza, przez co stolik wolny jeszcze bardziej zwalnia.

Wystarczy chwila rozmowy, abym miała mętny obraz człowieka. Pani Agnieszka posługuje się wyszukanym słownictwem, z czego wnioskuję, że jest dobrze wykształcona. Nie ma swojego stylu rządzenia. Podpatruje i podsłuchuje jak to robię inni szefujący. Pierwszej nocy próbowała wprowadzić zakaz rozmawiania, co poskutkowało tym, iż dostała przydomek „nudziara”. Boi się podejmować samodzielne decyzje, przez co spada jej wiarygodność. Niby jest miła, ale tworzy wokół siebie mury. Na końcu zmiany zaczyna sprawdzać czy jakość pracy pracowników jest odpowiednia… koszmar. Jeśliby się okazała niewystarczająca to cała ich praca musiałaby zostać poprawiona. Dużo jej brakuje, a wszystko przez to, że jej ścieżka rozwoju zawodowego nie postępowała drogą awansu, a przynajmniej nie w tej firmie.

Są szefowie, którzy nie wiedzą o czym mówią, czego wymagają. Nie mają pojęcia o temacie, więc nigdy nie zyskają posłuchu ani szacunku wśród podwładnych. I nikogo nie dziwi fakt, że z takim trudem przychodzi im zrozumienie, bo zrozumienia nie da się wyczytać w książkach. Zrozumienie to pot i ból.

POMIESZANIE

Kiedy lata temu ktoś mi mówił, że tyyylu obywateli Ukrainy przebywa w kraju, łapałam to jednym a wypuszczałam drugim uchem. Może i są, ale nie wiadomo gdzie. Teraz, kiedy przebywam z nimi każdego dnia, nie sposób udawać, że ich nie ma.

Są i każdy z nich jest inny.

 

Jedni nie chcą się uczyć języka polskiego i koniec. Odpowiadają pół na pół albo nawet na migi. Tak najczęściej postępują osoby starsze.

 

Drudzy to tacy, którzy niewiele umieją z mowy potocznej, ale zdążyli się nauczyć rynsztokowej mowy.

-Ile masz?

-Ale czego? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie

Coś tam burknął zbyt cicho, zbyt niezrozumiale. Nawet nie wiem, czy mówił do siebie, czy do mnie. Starszy człowiek. Lekko przygarbiony, który mimo wszystko poruszał się bardzo sprawnie i bardzo szybko zawsze chciał kończyć pracę. Ze swoją miną zbitego psa przychodził pół godziny przed końcem zmiany, żeby zapytać czy już kończę, bo on musi to wszystko jeszcze spakować.

-Aaa… trzy tysiące nakładu – domyśliłam się w końcu.

-W ch…* dużo – skwitował.

Zabawna postać: jak ten garbaty dzwonnik z katedry w pomieszaniu z kimś na wzór zarządy pozostałymi rodakami. Ciągle im coś dopowiada i tłumaczy.

 

Trzeci rodzaj to miksy. Ludzie z tej grupy tworzą jakiś dziwny język. Nie wiem jak go określić to jest coś po trochu z polskiego, ukraińskiego i angielskiego. Wychodzą z tego niezłe kombinacje wręcz słowotwórstwo.

Oddając sobie zmianę, często piszemy następcy na kartkach „listy miłosne” odnośnie tego jak jest ustawiona produkcja. Mają duży problem, żeby napisać coś po polsku. Zwyczajnie nie potrafią ale tworzą, tworzą całym sobą. Mimo swych niedostatecznych umiejętności, nie mają jednak żadnej blokady… jak zrobią tak jest.

blog184*pierwsze przez kartkę

Czwarta grupa to ci którzy łapią język, zaciągają co prawda po swojemu z akcentami i przeciągnięciami, jednak mówią zrozumiale. Nawet spotkałam jednego chłopaka, który zupełnie się wpasował. Przez kilka miesięcy zastanawiałam się czy to Polak czy Ukrainiec, tak znakomicie władał dwoma językami. Okazał się być zza wschodniej granicy.

 

Teraz, kiedy jeżdżę samochodem po wielkim mieście, smutno mi, że robię to tylko od święta. Pamiętam dokładnie czego oczekiwałam po zmianie pracy. Miałam wypunktowane.

– Po pierwsze cisza, bez radiowych reklam, konkursów i piosenek w których sens ginie gdzieś przy połowie.

– Po drugie płaca za nadgodziny.

– Po trzecie przejrzyste godziny pracy.

No i niby mam to wszystko, ale jakby czegoś tu brak. Utknęłam na wsi w jakimś świecie gdzie języki się pomieszały i nudzę się straszliwie. Ludzie na wsi mają dziwną mentalność, do której nie mogę się przyzwyczaić. Tematy rozwijają się tak wolno i dochodzą tylko do granicy, do tak zwanego punktu bezpiecznego. Jakby się bali, że może być coś więcej, coś poza posiłkami, sprośnymi żartami, planowanymi od dawna wyjściami i plotkami które rosną szybciej niż grzyby po deszczu. Nic się nie dzieje, no chyba, że na stołówce wpadnie komuś mucha do herbaty.

A może istnieje jakiś miks miasta i wsi? Tylko dlaczego tak długo muszę szukać tego miejsca? I czy jak kiedyś je znajdę nie powiem przypadkiem, jak w tym żarcie „i co mi tak nie pasowało w tym przedszkolu”?

CHEŁMIEC 14/28

869 metrowy reprezentant Gór Wałbrzyskich – Chełmiec przywitał nas deszczowo. Zza mgły nijak nie chciał się wyłonić w całej okazałości. Ponuro, szaro i buro przywitał nas także Boguszów-Gorce. Mimo wszystko w tamto majowe przedpołudnie postanowiliśmy wyruszyć celem zdobycia „jego okazałości”.

Wybraliśmy szlak zielony, który rozpoczął się niezbyt dziko. Poruszaliśmy się szeroką drogą przez las „Drogą Krzyżową Górniczego Trudu” jak brzmiał napis.

blog183.1

blog183.2

Po kilkunastu minutach wędrówki na szczęście droga uległa zmianie i mogliśmy już dreptać po ziemi.

blog183.3

blog183.4Chełmiec ta jedna gór z Korony Gór Polski idealna na rodzinny spacer. Nie wymaga większego wysiłku. Jednostajna jak dla mnie trochę zbyt nawet i gdyby nie moja chęć skrócenia sobie dojścia do niej to nawet nie miałabym czego wspominać. Po jakieś godzinie drogi zeszłam ze szlaku zielonego, wchodząc na żółty. Tamta szeroka droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Tu było wąsko, na ścieżkach leżały porozrzucane konary drzew, gałęzie, liście. Trzeba było być bardziej uważnym.

blog183.5

Trochę nie przemyślałam jednak sprawy, bo mgła i deszcz… sprawiła, że pobłądziłam. Fakt, doszłam trochę z boku góry wprost na coś jakby nadajnik, antena, płot… nie ważne zresztą. Sama w tym jednak nie byłam, bo jakaś młodzież też dała się skusić szybszą trasą, potem trzeba było kombinować i wracać się.

W końcu po półtora godzinnym spacerze dotarliśmy na szczyt. Wieża widokowa akurat była zamknięta, cudem zdobyliśmy pieczątki, bo około godziny pierwszej pan urzędujący w budynku na szczycie już wszystko pozamykał, dosłownie za naszymi plecami.

Jakaś grupka ludzi próbowała w tym deszczu i mgle rozpalić grilla, z marnym skutkiem, wręcz znikomym. Pokręciliśmy się chwilę w deszczu i pożegnaliśmy nadleśnictwo Wałbrzych w opadającej gęstej mgle.

blog183.6

W drodze powrotnej minęliśmy wszystkie pochowane we mgle drzewa, rozkładające się cieniami bajecznie i mniej ukryte stacje drogi krzyżowej, kończąc na pierwszej z nich.

blog183.7

blog183.8

Może widzieliśmy trochę za mało w tak gęstej mgle, żeby się górą zachwycić. Niestety, ale tylko tambylcy i szczęściarze mogą zobaczyć ją z innej, tej pogodniejszej strony. Naszej rodzinnej czwórce ukazała chmurne swe oblicze. Ale i takie oblicza zdarza się poznawać.

BILECIKI DO KONTROLI

Przestaję się dziwić, bo to jest takie naturalne. Wielkie amplitudy muszą mieć i wielkie skoki i wielkie spadki. Moja linia życia taka właśnie jest. Teraz mam falę spadków. Każdy dzień witam wiedząc, że nudzić się nie będę. Nie dostanę czasu na przysypianie, bo teraz jest czas na przyśpieszenie. Albo mi się coś zepsuje, albo ja coś zepsuję, albo ktoś się przyczyni, albo nawet uszkodzę sama siebie. Już mi schodzi potężny siniak po ostatnim przewróceniu się o pękniętą deskę palety, którą zaczepiłam butem, nawet zaczęłam zapominać o podmienionym rozpuszczalniku który mi utrudnił cały dzień pracy z farbami, bo nie łapały przyczepności, ważyły się i wszystko co bądź, ale samochód nadal nie daje za wygraną.

Kiedy opuszczałam jego szybę usłyszałam taki dźwięk, jakby mi ktoś wsypał piasek w mechanizm. Oczywiście jak szyba się opuściła, to już nie wstała. Kolejny koszt. Tym razem musiałam moją ślicznotkę wysłać dalej i nie obyło się bez powrotu autobusem.

Godzina 9.07 sobotni ranek dopiero się rozkręca. W strugach deszczu docieram do autobusu.

-Hahaha… a ja już po trzecim browarze jestem… serio – głośno oznajmia współpasażerom dwudziesto kilku letni chłopak rozmawiając z kimś przez telefon- … hahaha, hahaha.

Usiadłam sobie niedaleko czarnowłosego pana o śniadej karnacji. Nie mogąc się nadziwić kolorowi jego włosów. Tak rzadko jeżdżę autobusem, że każdy z wojaży jest dla mnie przygodą z samą sobą, dziecięcym zachwytem. I choćbym nawet chciała, na chwilę obecną nie przesiądę się do komunikacji miejskiej, bo zwyczajnie w rejon mojego miejsca pracy nie dojadę nijak. Ale ten pan… ten kolor, tak nienaturalnie lśniący jakby go potraktować jakąś brylantyną czy jak. Teraz w pracy przebywam z ludźmi którzy z egzotyką nie mają nic wspólnego. Są tacy… lokalni, o to jest dobre słowo.

blog182

Skasowałam bilet za 4,60 zł na czterdzieści minut jazdy lub jedną trasę autobusu. Matko jaka drożyzna, myślałam sobie w duchu. Ja za dziesięć złotych tankowania przejadę do pracy i z powrotem czyli jakieś czterdzieści kilometrów, no niecałe a tu za jakieś dziesięć zapłaciłam połowę tej kwoty dzieloną zresztą na innych uczestników wycieczki. W godzinach szczytu ten przelicznik jeszcze mocniej dziwi. No ale są sieciówki, zniżki i… może nie powinnam się czepiać?.. jeśli wliczy się naprawy i konserwację…

Było całkiem spokojnie, tylko co rusz głośniej odzywał się do telefonu wspomniany mężczyzna „po trzech”.

-… słuchaj weź miskę z mydłem… nie no takim zwyczajnym mydłem… no masz… no i w tym mocz giry…

W końcu gdzieś ucichł, chyba wysiadł po drodze. Z zamyślenia nad życiem facebookowym, które w międzyczasie obserwowałam wyrwało mnie…

– Dzień dobry, proszę bilety do kontroli.

Nawet mi przeszło przez myśl żeby zaryzykować. Kiedy przeszłam prawie dwa przystanki autobusowe, żeby dotrzeć do biletomatu, który okazał się być uszkodzony. Kiosk na „pętli” był zamknięty i ten deszcz… Ale kupiłam, na szczęście w pobliskim sklepie mieli w sprzedaży bilety. Wiedziałam, że mi nawet nie wolno ni razu, ni myśli o tym głośniejszej posiadać, żeby zrobić coś nie zgodnego z przepisami, aby kogoś okraść, bo to przecież jest kradzież.

Związałam się kiedyś z człowiekiem, który przez sześć lat jeździł „na gapę” nigdy go nie złapał kontroler. Mówił mi, że z nim mogę tak samo, nikt nas nie sprawdzi. Rzeczywiście z nim nie wpadłam nigdy na „kanara”. Nie wiem jaki to był czar, a może już wtedy powinnam wiedzieć, że nie pasujemy do siebie. Inne duchy nas prowadzą. Jemu wolno było złamać prawo, mi nigdy, ja za wszystko płacę z nawiązką. Każdy czyn, każda myśl, każdy dzień inaczej niż on mam rozliczane. Do dziś zastanawiam się dlaczego świat nie pozwolił nam się po prostu minąć? Może był mi coś winien?

Bilecik i owszem miałam dobry, pani na siedzeniu z tyłu kartę sieciową naładowaną. Dosiedli się dwaj panowie, tacy prości ludzie z torbą reklamową i ciepłym swetrem w duszny ranek. Od razu poprzykładali karty do czytnika widząc kontrolerów w akcji. Takie karty na przystanki. Przykłada się do czytnika w momencie wejścia i w momencie wyjścia. Karta która jest naładowana na jakąś tam magiczną kwotę jest wtedy uboższa o opłatę za przejechane przystanki.

-…proszę tu podpisać…

Kontrolerzy złapali jednego gapowicza i na swoim dziwnym urządzeniu, dziwnym długopisem dotykającym ekranu, jakim to teraz posługują się kurierzy i panie w okienkach pocztowych kazali przyłapanemu człowiekowi złożyć autograf.

-… dwieście osiemdziesiąt złotych… życzę miłego dnia – dodał kontroler i wysiadł.

Jakoś bez sensacji się obyło, nikt się nie buntował, nikt nikogo nie chciał bić, nikt nie krzyczał, nie straszył policją. Weszli spisali i wyszli. Jeden człowiek zapłacił droższy niż zazwyczaj bilet. Może miał kumulację, tak długo nie odbijał biletu, może go ten biletomat odepchnął, może zapomniał w ogóle o bilecie, może zaryzykował… może, może.

– To szuje!! – głośno skwitował zaistniałą sytuację jegomość „prosty”, który niedawno się dosiadł o twarzy czerwonej albo z nadciśnienia albo z przepicia.

Wstał z siedzenia i podszedł do czytnika, żeby ponownie odbić kartę. Aaa czyli… że wysiada..?

Otóż nie. On po prostu właśnie skończył opłacać przejazd, dalej pojechał „na gapę”.

TAKI CUDNY PIĄTEK

-Ale, chooodź ze mną…- prosił jak umiał najlepiej.

-Nie, idź sam- równie uparcie odpowiadał mu starszy jegomość, wyjmując z koszyka zakupy. Taśma zapełniała się coraz to nowymi produktami, a młody człowiek nie dawał za wygraną.

-A jak mnie ktoś zabierze?

-Nikt cię nie zabierze. Kto miałby cię zabrać? – spokojnie odpowiadał starszy człowiek.

-Jakiś pan.

Cztero, no może pięciolatek uparty jak to dzieci. Męczył swojego opiekuna. Wokół ludzie z zaciekawieniem spoglądali. Jednak starszy jegomość nie dawał się wyprowadzić z równowagi jak przeciętne młode matki, tatusiowie, babcie i inni opiekunowie. Ze spokojem rozmawiał z kilkulatkiem, nie podnosząc nawet głosu, zresztą szkrab też go nie podnosił. Można by rzec, iż odbywała się bardzo kulturalna dyskusja, z której każdy uczestnik chciał wyjść jako zwycięzca. Obrazek jakiś archaiczny. Bez wybełkotanych dziecku, wyuczonych z mediów wzorów. Bez stawiania twardo na swoim. Czułam się jakbym zaglądała przez uchylone drzwi do świata tych dwojga osób. Podobał mi się ten świat pozbawiony agresji, stanowczego nie, płaczu dziecka i przedstawienia na pół sklepu. Emanował ciepłem.

– Nikt cię nie zabierze. Tu są sami porządni ludzie – przekonywał staruszek.

Hmm netto. To jeden z tych sklepów, do których trudno mi się przyzwyczaić. Jest specyficzny. Pełen ludzi nie gospodarujących dużymi środkami pieniężnymi, wybierających długo i ostatecznie z tej „no name” mieszanki produktów, zwykle wybierających po prostu niską cenę.

Za mną stał pan w średnim wieku, z dwoma czteropakami piwa i jogurtami naturalnymi w ilości dziesięć dużych porcji. Co prawda z oczu mu dobrze patrzało i ten uśmiech na toczącą się tuż za nim rozmowę, pięknie wkomponował się w zmarszczki rysujące się pomału na jego twarzy. Jest coś niedookreślonego w kurzych łapkach na męskiej jeszcze nie starej, ale już nie młodej postaci.

Atmosfera zrozumienia i wzajemnego docenienia udzieliła się wszystkim. Zaraźliwy staruszek widać wziął w ręce ukształtowanie nie tylko tegoż młodego człowieka, ale i kawałek świata obok siebie. Przyszło mi do głowy pytanie, skąd u dziecka takie myśli? Pewnie od rodziców. Ciekawe czy byliby zadowoleni wiedząc jakie dwa sprzeczne komunikaty ich dziecko właśnie dostało.

-Idź, ja cały czas patrzę – powiedział w końcu.

I młody człowiek ruszył alejką, po smakołyk, którego wcześniej zapomniał zabrać. Cała kolejka go pilnowała. Dziadek nawet nie musiał wodzić za nim wzrokiem. W momencie w którym obrócił się twarzą do powrotu, starszy pan akurat na niego spojrzał. Dziwne… Przypadek czy jak?

– On jest wychowywany przez pradziadków – zaczął rozmowę staruszek z tym panem tuż za mną –  powiedz panu, jak się nazywa nasz prezydent?

-Duda- odpowiedział spod swoich wielkich okularów chłopiec w niebieskiej koszulce.

-Ale całe imię i nazwisko.

-Andrzej Duda.

Pan z czteropakami uśmiechnął się jeszcze bardziej. Coś tam zaczęli dyskutować, ale zbyt cicho, żebym dosłyszała. Tym bardziej, że „pik i pik i pik” od pani z kasy skutecznie zagłuszyło dalszy przebieg rozmowy.

Zaufanie czy ono zawsze procentuje…

Od niedawna mam w końcu legitymację. Zostałam dziennikarzem. Cieszy mnie to niezmiernie, bo długo na nią pracowałam. Teraz z plakietką na szyi stałam się jakaś inna. Bardziej sprawcza. Odważniejsza? Nie do końca, ale pewniejsza siebie w tym co robię.

Kolejna parada. Tłum dziennikarzy i ja. Moje ja rozpoznaje już ich twarze. Czuje się jak u siebie. Jestem w stałej gotowości. Tu wszystko musi zadziałać, bo jest tylko jedna szansa. Rzadko są powtórki. Śledzenie korowodu, wielkich lalek i tłumu ludzi nie jest dla jednostek, które machną ręką w obliczu niepowodzenia.

blog181a

Parcie do przodu i zabezpieczenie tyłów, jestem jednoosobową firmą śledzącą i nagrywającą najciekawsze ujęcia. W całym tym zamieszaniu najważniejsza jest intuicja. Nie wiem dlaczego akurat w tamtym miejscu chcę stanąć, dlaczego idę, gdzie nikt nie idzie. Jednak to działa.

blog181b

Dobosze się zatrzymali. Niby coś dyskutują z mieszkańcami kamienicy, oglądającymi ich z okien. Weszli w bramę, zakręcili się w  kółko, wychodzą… jednak nie, jednak ktoś zszedł na dół, aby ich wpuścić na klatkę. Była tylko chwila na decyzję, zanim zamkną się drzwi i domofon powie „pas”. Co robić? Rzuciłam się w to, z kilkoma innymi osobami. Może było nas czterech fotografów. Pędzimy za nimi schodami po klatce do drzwi na górze. W przejściu korytarza stoi jakiś rower, po ciemku ledwie go widać, zahaczyłam się o niego, w pokoju wielka kanapa na środku pod oknami. Niewiele się rozglądałam, nie to było ważne. To mieszkanie prywatne i dwójka przemiłych młodych ludzi wpuściła do środka uczestników korowodu. Ten korowód żył całkiem inaczej niż inne. Całował i przytulał przechodniów, tańczył z nimi a teraz wszedł komuś do domu. Same uśmiechy zewsząd się sypały. Taki pogodny korowód w pogodny dzień. Widziałam z boku jak inni ziomkowie od fotografii przestawiają coś w aparatach na ciemne pomieszczenia, zaczęły błyskać lampy. Jesteśmy na górze, trzeba skorzystać. Słabo wychodziło robienie zdjęć z ciemnego pokoju, w okno słonecznego dnia. No ale…

Kiedy już prawie wszyscy wyszli nasyceni, jeden z aktorów wszedł na zewnętrzny parapet budynku, drugi go niby namawiał do zejścia, a cała reszta ekipy, wraz z fotografami sobie poszła. Zostałam ja, mieszkańcy i oni. Zaryzykowałam, podeszłam do drugiego okna, wychyliłam się i…zrobiłam mu (właściwie jej) tą fotkę.

blog181c

Fotkę, która mnie uszczęśliwiła. Wykorzystałam okazję. Emocje, jakich mi czasami dostarcza robienie zdjęć są nieporównywalne z niczym innym. Jeden strzał, czy wyceluję? Zobaczę dopiero za kilka chwil. Kiedy zbiegnę po schodach na dół i zajrzę do galerii…

Zaufałam i dałam się ponieść.

Kocham takie dni piękne, uśmiechnięte od ucha do ucha dni.

POZA CZASEM

Niedawno, ktoś mi zasugerował, że mam talent, mniejsza zresztą o to do czego. Szczerze mówiąc taki komunikat wprowadził mój umysł w stan chaosu. Zapędził się w swoich zaprzeczeniach na koniec jednego dnia i jeszcze kawałek drugiego. Myślałam nad tym, jak tu kulturalnie odpowiedzieć, tym bardziej, że to było w miejscu, w którym swego czasu odczułam zgoła przeciwne temu zwrotowi emocje…?

No więc czym jest talent? Talent to wybitne uzdolnienie specjalne do poczynań twórczych.

Pierwsze pojawiło się we mnie pytanie: niby skąd to u mnie? Nikt w rodzinie nie ma takich zapędów jak ja. Dlaczego moja dusza miałaby sobie wybrać taką wyboistą ścieżkę, gdzie nikt mnie nie złapie za rękę, ani nie poprowadzi pod właściwe miejsca, nikt nie pokaże jak to się robi, a czego się nie robi? Rozprawki szkolne i takie tam nie wychodziły mi przez bardzo długi okres życia. Polonista tylko się po jajkach drapał na lekcjach i ślinił na nastolatki, nie wnosił nic, ani w zrozumienie gramatyki, ani czegokolwiek innego, kazał przepisywać zeszyt żeby był ładniejszy… Potem była polonistka, która szukała w lekturach jakiegoś pojawiającego się w jednym epizodzie nazwiska bohatera książki, żeby sprawdzić czy ktoś ją przeczytał… I kto w ogóle wymyślił schematy na określenie „co autor miał na myśli”, kto wiedział co tak naprawdę miał w głowie, kiedy pisał? Ledwo się przeczołgałam przez maturę. Znienawidzony język polski z „Panem Tadeuszem” na czele tylko mnie pchały w jakąkolwiek inną stronę.

Kiedy byłam dzieckiem założyłam sobie pamiętnik. To nie było nic dziwnego, każdy go miał. Dawało się taki pamiętnik wszystkim naokoło, żeby się „wpisali”. Zwykle ktoś wpisywał jakiś mądry tekst, krótki wierszyk, obok coś rysował. Same złote myśli się w nim kręcą, wiem, bo mam go do dziś. Jego pożółkłe kartki z 1983 roku zawierają w sobie cały worek przestróg i drogowskazów. Pośród wszystkich tych „wpisów” jest taki jeden „jak lilia bądź niewinna, jak pszczółka zawsze czynna, jak fiołek żyj w ukryciu, doznasz szczęścia w swoim życiu”. Chwyciłam się go, choć nie podejrzewałam wtedy nawet, że nie ma prawd uniwersalnych.

I właściwie, to żyłabym w swoim ukryciu pewnie do końca życia, gdyby nie moje dzieci. Swego czasu, kiedy jeszcze były bardzo małe czytałam im wierszyki i kiedy skończyły mi się te znanych twórców, sięgnęłam po te nieznanych twórców. Źle je znosiłam, nie były warte czytania, nielogiczne albo zrobione byle coś zrobić. Postanowiłam sama pisać wierszyki, podobały się moim dzieciom… to właśnie owe wierszyki dla dzieci dały koniec mojemu ukryciu. Dziś już nie piszę dla dzieci. Urosły, a mi zanikła chęć… zgubiłam kontakt z ich językiem. Wiele się wydarzyło od tamtych czasów, wypróbowałam w różnych miejscach różne swoje umiejętności i jedno wiem, że ukrycie mi nie służyło, bo z każdym dniem w ukryciu stawałam się bardziej zgorzkniała. Potrzebowałam czegoś więcej…

Każda rzecz jaką robię poza sobą, czyli dla kogoś innego, kogo nawet nie znam, sprawia, że mam poczucie spełnienia. Nie wiem dlaczego włączył mi się taki tryb, chociaż mam pewne podejrzenia. Niemniej jednak czy mam do czegokolwiek z tego co robię talent?

W szkole jednego z moich synów nauczycielka dała uczniom zadanie. Każdy miał ułożyć wiersz. Potem to wydrukowała, złożyła, zawiązała wstążką i… miałam okazję poczytać. Nie wiem czemu, ale uznałam, że każdy z tych wierszyków coś tam w sobie ma, a jeden autor to nawet ma jakiś potencjał. Odłożyłam wierszyki i nie zaglądałam do nich wcale. Po kilku miesiącach znów spojrzałam i… stwierdziłam, że nie są już tak interesujące. Mają dużo błędów logicznych, zbędnych powtórzeń czy też napisane są po części zwykłym zapisem prozatorskim w formie wiersza. Czytałam je wszystkie z nadzieją, że znajdę ten z potencjałem. Nie znalazłam. Żadne ze słów, które zapisały tamte dzieciaki nie chodziły za mną, nie utknęły w głowie, nie dały do myślenia.

A są słowa, które przeczytam tylko raz, a zapamiętam, są zdjęcia na które mogę patrzeć całymi minutami. To czas odkrywa talenty. Niedawno w pewnej gazecie przeczytałam wiersz i od razu go skojarzyłam, kilkanaście dni wcześniej przeczytałam go w zupełnie innym miejscu. Autora nie zapamiętałam, co zresztą jest u mnie normalne i świadczy o właśnie talencie autora , bo jak napisał … zapomniałam kto, ale zaraz sobie odnajdę… Oskar Wilde w książce „Portret Doriana Graya” cytuję „Artysta tworzy rzeczy piękne. Celem sztuki jest ukazać sztukę i skryć artystę

Dawno temu, wydając tomik spotkałam się z różnymi ludźmi: jedni powiedzieli na mnie „nie” inni „tak”. Ktoś mi powiedział, że nie ma po mnie takiego „ach” i, że powinnam pracować nad wierszem miesiącami, bo on właśnie tak zrobił i wygrał jakiś tam konkurs (???), ktoś inny, że przy czytaniu się wzruszył. Przy takiej mieszance osobowości na świecie, ludzi nie da się zadowolić wszystkich i w pełni. Kiedy napiszę słowo żaba: ktoś zobaczy ropuchę. Grubą, szarą z brodawkami i jeszcze wydzieliną, która najpewniej jest jej odchodami. Ktoś drugi zaś skojarzy jezioro, kumkanie żab w wieczorny późny lipcowy ciepły dzień, wakacje, plażę, jakąś miłość gorącą… Ciemne i jasne, brzydkie i ładne, łagodne i ostre – końce moich myśli zaczynają się tam, gdzie już żyją własnym życiem. Jeśli ktoś uważa, że łatwo jest publikować cokolwiek co się napisze, że to takie proste – to się myli. To trudniejsze niż zwyczajna praca i zupełnie nieopłacalne. Mimo, że ma być ciepło i przytulnie zawsze znajdzie się odbiorca, któremu będzie w moich słowach gorąco albo zimno.

A jeśli ktoś mi dzisiaj powie, że mam talent, to nie będę umiała się zgodzić, bo nie minął pewien okres czasu. Czy kiedyś uwierzę, że mam to „coś”? Chciałabym uwierzyć, ale nie potrafię, nie potrafię też nie wierzyć. Jestem gdzieś po środku. Jakbym ciągle miała nadzieję na to, że jednak warto, żebym robiła to czy tamto… bo podobno nawet dla jednej osoby na świecie warto…

NA KRAWĘDZI

Dzień trzynasty.

Jeszcze boli, choć mniej. Przestałam już… przestałam. Nie ocieram łez całymi dniami. Teraz tylko ukradkiem, kiedy odejdę na kilka kroków po tym, jak zobaczę że siłuje się ze sobą, żeby sam sobie zrobić zastrzyk. Najbardziej rani bezsilność. Ręce zawiązane z tyłu grubym sznurkiem. Nic nie dało się zrobić, całymi dniami słyszę w głowie, nic nie dało się zrobić. Trzeba żyć na krawędzi. Budzić się i zasypiać, ufać swoim dłoniom, kalkulatorowi i wiedzy tych, którzy przechodzili przez to samo co my.

Weszłam w świat urządzony w taki właśnie sposób. Zadaję mnóstwo pytań, ale ciągle jeszcze mam ich w zanadrzu całe dziesiątki. Godzę się z nową sytuacją, choć broni nie składam. Czekam na to, że jednak coś drgnie i ruszy w kierunku uzdrowienia. Naiwne moje myśli karmię ciągle i nie przestaje. Mam nadzieję na cud i nie wyganiam jej z serca.

Ktoś na górze uznał, że to uniesiemy. Nie kłócę się z nim, pewnie ma rację, pewnie… wykrzeszemy z siebie więcej. Trudna to lekcja. I choć ludzie mówią, że są gorsze choroby to we mnie jeszcze jest myśl, że dwa tygodnie temu w naszym domu nie było żadnej choroby. Nie miałam pojęcia co to takiego wymiennik węglowodanowy albo białkowo-tłuszczowy i nie trzymałam pena w ręku, a co dopiero zrobić komuś zastrzyk.

Dzień trzydziesty drugi

Od jakiegoś czasu mamy remisję. Poznałam nowe słowo… remisja. Choroba zatrzymała się, zmniejszam dawki insuliny, jest duuuża wrażliwość, już dochodzi do 160. A co to oznacza? Jedna jednostka insuliny obniża poziom cukru w organizmie o 160. Trzeba uważać, nie przesadzać. Unikać hipoglikemii. Hipoglikemia wygląda dużo niebezpieczniej niż hiperglikemia. Hipoglikemia (niedobór cukru) zabija, hiperglikemia (nadmiar cukru) okalecza. Nic nie jest stałe. Nierównowaga przerasta mnie o kilka głów. Ja zawsze dążę do równowagi, a tu szala jest raz w dół, a raz w górę. Choć ostatnio częściej w dół…

Kiedyś umierano na cukrzycę CT1, od niedawna podaje się choremu insulinę. Odkrył ją Frederick Bantinga w 1922 roku. Za to odkrycie w 1923 roku otrzymał nagrodę Nobla. Kiedyś insulina była pozyskiwana ze zwierząt, wieprzowa i wołowa. Aby zaspokoić potrzeby insulinowe jednego pacjenta w ciągu roku, potrzeba było siedem kilogramów trzustki zwierzęcej. Zastanawiające… Czy to z martwych, czy z żywych zwierząt ją pobierano? Jak jej przyjmowanie wpływało na zachowanie ludzi ją przyjmujących? Czy tak jak z przeszczepami lub z dawkami krwi od innego człowieka i od zwierząt udzielało się biorcy insuliny coś z dawcy insuliny? Czy ktoś przeprowadzał jakieś badania? Pewnie nie, cel tu przewyższa środki i nie ma miejsca na zastanowienia. Obecnie do produkcji insuliny wykorzystuje się pałeczki okrężnicy, którym wszczepia się gen ludzkiej insuliny. Hodowle bakteryjne syntetyzują ludzką insulinę, którą następnie oczyszcza się i wykorzystuje do produkcji leków.

Zdrowy organizm produkuje hormon o nazwie insulina, w wyspach Langerhansa znajdujących się w trzustce. Jeśli w organizmie dojdzie do sytuacji, w której układ odpornościowy niszczy komórki produkujące insulinę, to mamy do czynienia z chorobą autoimmunologiczną jaką jest cukrzyca typu 1 czyli CT1. Na chwilę obecną jest chorobą nieuleczalną. Gdzieś w Polsce ktoś drukuje trzustkę bio, za kilka lat mają być prowadzone pierwsze próby jej wszczepienia w zwierzęta. Droga do człowieka jest jeszcze daleka. Jednak jest to jakieś mętne światełko w tunelu. Chwytam się go kiedy mi ciężko.

…marzec, kwiecień, maj… MARZEC, KWIECIEŃ, MAJ… no nie chce wyjść inaczej. Trzy miesiące i to niecałe trzy miesiące, a ja już nie pamiętam jak to było przed tymi miesiącami.

Wstaję – sprawdzam mu poziom cukru, jemy – sprawdzam ile produkt ma węglowodanów. Mnożę, dzielę, ważę każdy woreczek ryżu i puszkę kukurydzy, każdą kanapkę przeliczam na insulinę. Czasami nie mam już siły… jak dwa dni temu, kiedy siedziałam na szpitalnym korytarzu i czekałam na wynik jego operacji. Kiedy wróciliśmy do domu po szpitalu i zdałam sobie sprawę z tego, że przy złamanym obojczyku i unieruchomionej jednej z rąk, on nawet sobie nie poda insuliny.

blog179Gdziekolwiek nie pójdę obserwuję ludzi jedzących bez opamiętania, bez wyznaczonych godzin, bez insuliny… i myślę sobie, że lekarz to najtrudniejszy zawód na świecie. Widzieć jak ktoś sam sobie funduje piekło i jeszcze go z tego piekła wyciągać. Siłować się z ludźmi niespełna rozumu, bo przecież każdy człowiek taki właśnie jest dopóki go nie spotka wynik jego postępowania. Nie, że sama cukrzyca. Jest wiele innych chorób o których nie mam nawet podstawowej wiedzy.

Ludzie noszą opaski na nadgarstkach, tatuują sobie na ciele nazwy noszonych chorób, po kieszeniach chowają leki ratujące życie z nadzieją, że gdyby coś… to trafią na kogoś, kto akurat wie jak należy pomagać przy danej chorobie.

O co się robi jeśli na opasce zauważymy „cukrzyca typu I”?

– Jeśli choremu kręci się w głowie, jest osłabiony, drżą mu ręce – to podajemy mu najsłodszy sok jaki mamy pod ręką. Nie czekoladę, bo to są przede wszystkim tłuszcze, a tłuszcze działają z opóźnieniem. Nie ciasteczko, nie cukierka. Sok, słodzony działa najszybciej ewentualnie żel. Chory zwykle ma taki sok albo żel przy sobie.

– Jeśli z chorym już nie ma kontaktu. W żaden sposób nie podamy mu soku. Jedyne to możemy zrobić to poszukać przy nim pomarańczowego pudełka z napisem „glukagen”. Po otwarciu znajdziemy strzykawkę z płynem, który musimy wstrzyknąć w znajdującą się w opakowaniu fiolkę z proszkiem. Wszystko wstrząsnąć, aby się proszek z płynem połączył, nie wyciągając igły z fiolki. Następnie zawartość z powrotem wciągnąć strzykawką. Podać w najbardziej dostępne miejsce, proponowanym jest udo. Należy wbić całą igłę i cały płyn wstrzyknąć. I jak najszybciej zawiadomić pogotowie, bo lek działa krótko.

RESET

Jak to jest możliwe, że przez całe dziesięciolecia coś może człowiekowi tkwić w głowie, a inne rzeczy jak powietrze przechodzą się po mózgu jakby były na spacerze. Potem zbierają swoje manatki i znikają gdzieś w nieświadomości…???

Wykopaliśmy w końcu trzydziestoletni bez, czy może bardziej lilak, fioletowy lilak. Drzewko o które dbałam przez te wszystkie lata, które przyniosłam od koleżanki, które z rumieńcami na policzkach zasadziłam, które prawie każdej wiosny obcinałam i broniłam przed ścięciem…

Widać przyszedł odpowiedni na to czas, coś się w moim życiu zamknęło. Drzewko urosło, że na drabinę trzeba było się wspinać po majowe kwiatki. Nie dawało nic, choć miało dużo. Jakbym za te wszystkie lata opieki miała tylko patrzeć na to, jakie jest cudne i niedostępne.

Nie protestowało, nawet jednej łzy nie uroniło. A drzewa płaczą kiedy im się robi krzywdę. Wylewają soki w miejscach gdzie im kończyny urywa. Taki orzech włoski płacze przez kilka dni. Lilak widocznie był na swój koniec przygotowany.

Impulsem był pomysł na zastąpienie go. Uparłam się na brzozę, ba nawet dwie brzozy, bo drzewa nie znoszą samotności. A ja potrzebuje drzew, potrzebuję patrzeć na nie i cieszyć się z nich. No i zasadziłam je, teraz oglądam co dzień, co u nich? Rosną. Puściły nieśmiałe listki. Takie wiosenne. Z ich wiotkich gałązek zaczynają korzystać pierwsze owady.

Kiedyś będą duże, wielkie i będą miłe ptakom. Póki co mają na to dużo czasu. Dam im ten czas. Im jestem starsza tym więcej czasu jestem w stanie zaoferować. To takie nielogiczne. Ale coraz mniej mi się gdziekolwiek spieszy. Uwiłam sobie gniazdko, moje, małe, przytulne miejsce na ziemi i nawet je polubiłam. Kreuję swoją rzeczywistość dość minimalistycznie. Niewiele mi potrzeba, bo chcę o to co mam dbać jak najlepiej. Po co mi przepych, którego nie uporządkuję? Jestem prostym człowiekiem i chcę prosto żyć. Blisko natury, bo ona mi leczy wszystkie zadrapania, które wywołuje życie w społeczeństwie.

blog178A dlaczego brzoza?

Chodziła mi po głowie, jeszcze ze szkolnej czytanki o drzewku, które wyrosło na ruinach. Na podręcznikowym obrazku, w budynku częściowo zburzonym, przysypanym gruzem rosła średniej wielkości roślinka. Zapadła mi w pamięci ta ilustracja. Treści dokładnie nie pamiętam, wiem, że było coś o zniszczonym powojennym mieście. A ta brzoza, mała taka i żywa taka w stosunku do całego ogromu nieszczęść, na przekór, na lepszy czas… urosła. Jak nadzieja, nadzieja która nie daje się zniszczyć nijak. Brzózka na ruinach…

Moje dwie brzózki są najpiękniejsze na świecie. Ich kora nie jest jeszcze biała, gałązki jak rączki niemowlaka, pazurków nie mają wcale. są takie delikatne. Korzenią się, a mi coś w środku rośnie ze szczęścia. Tak mało mi ostatnio potrzeba żeby się wzruszyć. Chyba uczę się żyć po swojemu, od nowa, to taki mój mały reset…

KAK U WAS?

Dopiero co wykaraskałam się z zeszło tygodniowych sytuacji, które zmusiły mnie do wielu przemyśleń, jakich by mi żadna książka nie zafundowała. Mianowicie, utknęłam w temacie tego, jakiego typu męski świat jest mnie w stanie zainteresować, albo właściwie jakiego dopełnienia jestem skłonna poszukiwać. I już myślałam, że wiem o sobie wszystko, że takie to jest proste i w ogóle… jednak nie jest.

– Kak u was?

-Wszystko dobrze – odpowiedziałam, a gdzieś w środku przemknęła mi myśl – przecież ja jestem tylko jedna.

Bawi mnie to zderzenie. Polska-Ukraina. Mieszanka różnych absurdów językowych. Dla Ukraińców problemem jest, jak mają się zwracać do nas, Polaków. Jak mają powiedzieć „wy” i czy mówiąc „ty” nie obrażają nas.

A potem druga myśl, ta z rozmów z innym znajomym, tym co to mi jego obecność towarzyszyła w zeszłym tygodniu, na innym dziale.

-Ja tam się cieszę, że pracuję z Ukrainkami, one wprowadzają taką jak by to powiedzieć… łagodność w pracy, bo Polki są inne…

Nie zdążyłam się za bardzo rozwinąć w temacie, bo mi kolega z przerwał.

-Ja jako facet inaczej na to patrzę. Większość z nich przyjechała tu szukać faceta. Przychodzą do pracy tak ubrane, że im majtki widać, chodzą bez staników… a to jest przecież praca… Ja mogę palcem wskazać, które szukają…

I od razu pojawiła się myśl trzecia – a jeśli nie tylko kobiety szukają tu kogoś, w sobie tylko znanym celu. Tym samym postanowiłam nie kontynuować dialogu.

Ale, że akurat ten Ukrainiec jest dość kontaktowy i ciężko go odrzucić, bo ma swoje oryginalne podejście do życia, wręcz intrygujące i już trochę tematów ze sobą przegadaliśmy, ot choćby o zwyczajach pogrzebowych, że Pop to i tamto, a kobiety płaczą i płaczą i… swoistym połamańcem piąte przez dziesiąte porozumiewamy się jakoś od czasu pewnego.

-A jakie są u was powiedzenia, takie żeby pożartować?- zapytał mnie w poniedziałek.

Spojrzałam na niego nie bardzo rozumiejąc, czego on ode mnie chce.

-Bo jedna koleżanka mi powiedziała takie „prawdziwego kolegę poznaje się w biedzie”.

Przyjaciela raczej, po cichutku sobie pomyślałam, ale nie miałam ochoty dyskutować. Byłam zmęczona, prawie całą zmianą dzieloną z innym Ukraińcem, który ani nie był zdatny do rozmowy, ani do uśmiechu.

-Nic mi nie przychodzi do głowy- odpowiedziałam.

Odszedł kilka kroków ode mnie, żeby zaraz wrócić.

-Ja wiem czemu. Bo ta praca jest ogłupiająca, człowiek się nic nie rozwija – kontynuował.

Na szczęście w nieszczęściu ktoś go gdzieś, po coś zawołał. W nieszczęściu, bo zawsze mnie zostawi w połowie tematu, żeby mi się chciało go ciągnąc. Ale nic to, pozostałam na swoim stanowisku pracy wiedząc, że i on zaraz wróci i go dopytam. No i wrócił.

-A co ty byś chciał robić?- dopytałam

I wtedy ten dziwny ogień, który bucha zazwyczaj w jego oczach przemienił się w coś nieokiełznanego, w coś na kształt spojrzenia szaleńca.

-No ja to bym chciał uczyć dzieci koszykówki i malować- odpowiedział.

Gestykulował przy tym rękoma, tak, że całe jego ciało mówiło. Patrzałam na to, co się z nim działo, nie mogąc się nadziwić, jak nagle można przejść taką przemianę. Jakby w jednej chwili znikł ten człowiek, który mi opowiadał o tym i o tamtym, a na jego miejscu pojawił się zupełnie ktoś inny. Próbowałam kontynuować rozmowę, ale zadzwonił dzwonek obwieszczający, że pora na sprzątanie stanowiska pracy, tak myślałam przez chwilę. Niestety to był drugi dzwonek, więc sama musiałam mu przerwać, żeby zdążył na autobus pracowniczy. Znowu mnie zostawił w połowie rozmowy.

Nudny dzień nabrał niezrozumiałego dla mnie rumieńca. Jest zagadka coś we mnie mówiło, jest zagadka powtarzało co rusz.

Po dwudniowym zastanowieniu, uznałam jednak wyższość spokoju nad tym czymś czego nie potrafiłam objąć rozumem. Tym bardziej, że okazji do kontynuacji dialogu nie znalazłam. Do środy czyli dziś, bo dziś kiedy wróciłam po przerwie, przy swoim stoliku ujrzałam znajomego pasjonata

-Ty też masz karę?- spytałam widząc, że został przydzielony mi do pomocy.

Użerałam się już od jakiegoś czasu z tym breloczkiem, który nijak nie pasował do swojego opakowania.

-Czemu karę?

-To gówno ma tu klej i się przykleja do folii i jest nie fajne.

Dziś miał normalne spojrzenie. Jakieś wyciszone, jakieś przygnębione, przygaszone. Dziś nawet nie specjalnie chciał rozmawiać.

-No to co malujesz? – próbowałam jakoś wrócić do tamtego przerwanego incydentu.

-Wszystko. Jak mi się chce, jak mam dobre myśli.

-Wenę?

-Co?

-U nas to się mówi wena.

-Wena? U nas muza.

Zaśmiałam się, bo czułam, że mnie znów jakiś dziwny świat wciąga. I zaraz mogę przestać się odnajdywać w tym całym zamieszaniu. Trzeba się trzymać poręczy, żeby nie wpaść do piwnicy. A najlepiej tego breloczka, co się przykleja choć nie powinien. To już osiemset trzynasty z tysiąca.

– Dla mnie muza to jest ktoś, a wena to coś jak chęć: napisania, namalowania.

Napisania, namalowania wybrzmiały mi w głowie moje własne słowa. Tyle wystarczy po co mówić więcej, chłopak nie wiadomo czemu nie ma dziś dnia, nie naciskam, po co? O sobie też specjalnie nie chce mi się mówić.

Ale w ciszy za długo nie wytrzymaliśmy i zaraz wróciliśmy do gadania, o tym, o tamtym i jak już zaczęłam mu opowiadać o jedynym, choć ciemnym miejscu ważnym na mapie mojego miasta pani Kasia, zwykle do rany przyłóż nie wytrzymała.

-No nie gadajcie, bo nie pakujecie. Zaraz ci Renia Włodka zabiorę…

-Ale my przecież pracujemy – próbowałam się bronić.

-Jak rozmawiacie to on nie patrzy na to co robi, tylko patrzy ci w oczy- ciągnęła mi burę po rozmowie, zwykle miła pani Kasia.

-Ale ja mogę pracować bez patrzenia na swoje ręce, mam refleksy, nauczyciele mi to mówili, matka mi mówiła, ojciec mi mówił i ja to wiem – dodał od siebie mój współ-towarzysz niedoli breloczkowej.

Kiedy w końcu pani Kasia z nas zeszła, poszła szukać nowych zleceń czy cokolwiek innego postanowiłam mu wytłumaczyć

-Mówi się refleks nie refleksy. Refleksy są jak ktoś ma na przykład czarne włosy i takie jasne pasemka to są refleksy.

-Rozumiem.

Połamańce językowe i dziwne sytuacje. Poczułam się jak dziecko w szkole, które nauczyciel wyzwał za brak uważności i to przy innych ludziach. Tylko, że nawet mi nie było głupio. Było przezabawnie, choć starałam się za mocno nie uśmiechać. I tak mi się gęba uchachała.

Ni z tego ni z owego i koledze się wykrzywiła w uśmiech facjata.

-Co?-zapytałam.

-Nic.

-No co, mów?! – zapytałam powtórnie.

-Coś mi się powiedziało, bo czasami ja gadam do siebie…

Dziwne, nic nie usłyszałam. Chyba miało być coś o myśleniu, o słowach które tylko głowa zna, a świat jest na nie głuchy.

-… za długo jestem sam – kontynuował.

-No jak sam? Zobacz ilu tu jest ludzi.

Nie ciągnęłam dalej z dwóch powodów: raz, że jak zwykle go ktoś po coś gdzieś zawołał, dwa nie bardzo rozumiem dlaczego mówił w czasie przeszłym o ojcu, matce… Dziwny chłopak, daje mi do myślenia. I w ogóle ostatnie tygodnie dają mi do myślenia. Czuję, jakby mi się zmieniło światło z czerwonego na żółte. Powracają do mnie kwestie niesamowitych męskich zapachów, zmiany intonacji głosu.

Moje wewnętrzne zwierze jest niespokojne…

Ku pamięci

Nie ma lekarstwa na śmierć. Co rusz ktoś odchodzi, czy tego chcemy czy nie. Ale czy na pewno całkiem odchodzi? Myślę, że nie. Zostaje w nas jej cząstka. Dobrze jeśli zostaje ta najlepsza, ta o której nie chcemy zapominać, taka którą chcemy mieć na stałe. Warto pielęgnować pozytywne emocje.

W tym roku pożegnałam jednego znajomego, dobrego znajomego. Jakiś czas temu odwiedził mnie we śnie. To był dobry sen 🙂

 

chwila

obudził mnie śmiech
mój własny radosny
przez sen się przedarł
snem mi przyniósł słowa
i snem mi jego przysłał

powiedz mi mów jeszcze
mów o tym co byś chciał
powiedzieć gdybyś mógł
stojąc tutaj przy mnie
ja tulę się w każde słowo
którym mnie obejmujesz
oddycham nim głęboko
za nas dwoje oddycham

jest mi tak bezpiecznie
i uśmiecham się głośno
choć śmiesznie nie mówisz
bo te ciastka i podłoga
to przecież tylko dekoracja
do naszej starej przyjaźni
która już się przeniosła
w inny wymiar prawdy

20.10.2018