ZBIOROWO WITANY…

– Czy wierzysz w duchy?

I teraz jest ta chwila, w której pytany człowiek zazwyczaj odpowiada – „duuuchyyy?”

– Tak, duchy.

Jako dorośli rzadko zastanawiamy się nad zjawiskiem „duchów”, poza oczywiście wyjątkami. Podejrzewam, że szukanie duchów to domena życia młodocianego i starczego. Jestem po środku, więc dziś mogę robić za wyjątek. Otóż, zagadki bez rozwiązana na płaszczyźnie fizycznej, bez odpowiedzi na zasadzie komunikacji podobnej do międzyludzkiej to jest coś, co sprawia, że niektórzy ludzie wkładają obraz duchów w obszar bajek, a inni doszukują się w opowiadającym jakiś błędów w psychice. Heh… tylko, że każdy chce wierzyć w życie pośmiertne, jakiekolwiek dalej ale życie, bo mózgowi trudno jest uznać, że kiedyś mu odłączą prąd i pójdzie do piachu, albo pieca, albo nie wiadomo gdzie… i nagle go nie będzie…

Ze źródeł, którym możemy zaufać (matka, ciotka, znajomy itp.) mamy o spotkaniach z duchami różne wiadomości. Każdy z nas miał też jakieś tam kontakty z tymi, których nie ma już obok. I wie, że były na pewno i często były w takiej formie, że były nie do opowiadania komukolwiek. Ale ja tu dziś o czymś innym.

Czasami zaświaty wybierają sobie motyw zbiorowy. To są kontakty przy świadkach i wtedy zwykle tak naprawdę nie wiadomo czy było się głównym odbiorcą, czy też przekaz miał być tak silny, żeby go nie wyprzeć w żaden sposób, tłumacząc go sobie przewidzeniami, omamami albo myśleniem życzeniowym, czy może wreszcie było się tylko osobą towarzyszącą.

Przedstawię teraz najjaskrawszy jak dla mnie obraz tego zjawiska, którego sama doświadczyłam. To było… o ile dobrze liczę dwadzieścia lat temu. Wprowadziłam się do domu, w którym do dziś mieszkam. Wtedy to była budowa. Piwnica bez (chyba) drzwi, ale za to było tam jedyne źródło wody. Parter był zamykany na klucz, z niego schodami wchodziło się na piętro do mnie. U mnie mieszkalnie funkcjonowało wtedy jedno pomieszczenie, reszta była niewykończona i zagracona, bo po przeprowadzce wszystkie rzeczy trzymaliśmy w kartonach. Na korytarzu mieliśmy rozłożoną folię, żeby się nie wnosiło do pomieszczenia zamieszkałego całe to cementowo- wapnienno -piaskowe zjawisko, bo na korytarzu posadzka nie była jeszcze wylana. Mój jeszcze wtedy nie mąż, a dziś już były mąż wyjechał nie pamiętam gdzie i po co. Siedziałam więc późną porą z bratem i tłumaczyłam mu matematykę, była to nauka na poziomie szkoły ponadpodstawowej, miał jakiś problem ze zrozumieniem czegoś tam, zresztą nie ważne. Obok spał mój najstarszy syn, miał jakiś roczek. A i co ważne, był tam jeszcze pies, maja dalmatynka.

Przebywaliśmy w jedynym zamieszkałym pomieszczeniu, mieliśmy na podłodze miskę z wodą po kąpieli dziecka, bo w ferworze walki z nauką nie wyniosłam jej do kanalizacji. Było cicho. I naraz słyszymy, że po tej folii korytarzowej ktoś idzie. To były męskie, powolne i ciężkie kroki. Ktoś najwyraźniej zatrzymał się przed drzwiami. Spojrzeliśmy z bratem na siebie… w oczach mieliśmy takie – jak to, przecież drzwi na dole są zamknięte na klucz, kto to? W tamtej chwili nie mieliśmy wątpliwości, że to musi być włamywacz. Ja złapałam tę miskę z wodą, główkując że chlusnę na tego tam co wejdzie drzwiami, brat złapał jakiś młotek, co jak to na budowie leżał pod ręką. Co ciekawe pies niczego nie zwąchał, leniwie wstał i przeciągał się patrząc na nas jak na dziwaków. Tymczasem czekaliśmy z bratem aż te drzwi się otworzą, a tu nic, cisza, nikt nie wchodzi. Co najdziwniejsze, powinnam się bać, a tymczasem stojąc z tą miską w rękach wybuchłam śmiechem. Nie było we mnie strachu, u brata widziałam to inaczej.

Po jakieś chwili otworzyliśmy drzwi. Nie było nikogo. Wzięliśmy latarki ( bo wtedy nawet prąd nie był dobrze poprowadzony) i zrobiliśmy obchód. Każde jedno pomieszczenie domu, metr po metrze. Drzwi wejściowe były zamknięte na klucz, a nie było śladu człowieka. Kto to mógł być? Ja mam jeden typ i jestem niemalże pewna, że to była ta właśnie postać. Jednak wszystko pozostaje w sferze, której nie ma jak udowodnić, to sfera intuicji.

Śmiem twierdzić, że „duchy” wybierają metody dopasowane do odbiorcy. Kto nie powinien, nie znajdzie niczego. Kto ma mieć pewność „opieki z góry” dostanie kogoś do towarzystwa w trakcie jej udowadniania, żeby się nie bał i żeby uwierzył w takie rzeczy raz na zawsze.

Wczoraj znów odwiedził mnie ktoś, zapukał dwa razy w drzwi. Siedziałam w tym samym pomieszczeniu w którym siedziałam, gdy dwadzieścia lat temu ktoś/coś przeszedł korytarzem. Nie byłam sama, był ze mną najmłodszy z synów, który też słyszał głośne pukanie. Za drzwiami oczywiście nie było nikogo. Młody stwierdził, że na pewno któryś z braci zrobił kawał, ale nie, nikogo tam nie było, sprawdziłam dokładnie. Przyznam, że tym razem nie mam pomysłu, kto to mógł być, choć mam pewne przypuszczenia celu tej sytuacji.

Niemniej jednak ciekawi mnie motyw zbiorowej obecności, kiedy przychodzi gość. Może ktoś z czytających miał podobne doświadczenia? Byłoby miło je poznać, bo ja znam tylko własne.

A na zakończenie obrazek z sieci 🙂 żeby nie było zbyt poważnie.

PONIEDZIAŁEK

– Mama, dziś jest piątek?- zwrócił się do mnie z zapytaniem sześciolatek.

– Nie, dziś jest poniedziałek  – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– A jutro jest piątek?

– Nie, jutro będzie wtorek.

Skąd to pytanie o piątek? Piątek jest w przedszkolu takim dniem, w którym dzieciom wolno przynieść z domu do przedszkola zabawkę. Czyli jest to przyjemniejszy dzień niż zazwyczaj, bo daje możliwość obcowania z przedmiotami jakimi placówka ta nie dysponuje.

– A po wtorku jest piątek?

– Po wtorku jest środa.

– A po środzie?

– Po środzie jest czwartek.

Standardowy zestaw pytań i standardowe zbroje cierpliwości muszę zakładać w co poniedziałkowy poranek. Z dni pracujących poniedziałkowi jest wszak najdalej do piątku.

– A po czwartku jest piątek?

– Tak – w końcu otrzymuje ode mnie tę oczekiwana odpowiedź.

 – Nareszcie… – pada z jego ust, potem z tych samych ust na jego twarzy rysuje się uśmiech. Taki uśmiech, jakby to już dziś po południu miał być piątek a nie za cztery dni.

Ten kilkuletni młody człowiek rozbraja mnie swoją logiką. Jest tak inna od zwyczajowo przyjętej, bo na pytanie dziś zadane w stylu:

–  Co ci jest?

– Poniedziałek – odpowie przeciętny po-weekendowy pracownik.

 

Poniedziałek to dla mnie oprócz poranka też i dzień i… wieczór. Który od jakiegoś czasu wieńczy odbieranie dziewięciolatka z zajęć dodatkowych. Zajęć piłki nożnej.

– Kamil, biegnij pod bramkę!… no biegnij tam! – tu wskazywała palcem bramkę drużyny przeciwnej – biegnij pod bramkę!

Chyba źle usiadłam, bo kobieta obok mnie na ławce najwyraźniej miała za dużo do wykrzyczenia. Trener pełną gębą. Pewnie wszystko wie…

– Kamil – w końcu go do siebie przywołała – czemu nie stoisz pod bramką, kto będzie strzelał gole? Biegnij pod bramkę…

Siedziałam obok niej i obserwowałam i myślałam sobie co nieco. Podobno piłka nożna to gra zespołowa. Gdyby każdy stał pod bramką żeby sobie strzelić gola to byłoby kiepskie widowisko. Czy trener tłumaczył na czym polega gra? Pewnie tak. Może ta mama to powinna sobie piłować paznokcie na korytarzu a nie zajmować miejsce na ławce snując swoją chorą wizję o tym, że synuś będzie stał przy bramce w poszukiwaniu okazji.

Gwizdek. Drużyna z szarfami schodzi.

-Mamo,  ja chciałem być z tym drugim Kamilem w drużynie, ale oni mnie nie chcieli… ale wcale nie płakałem żeby mnie zabrali do drużyny – tłumaczył się kiepsko, jakby chciał zmienić przewidywalny temat rozmowy.

– Może trzeba było płakać – skwitowała blond mamuśka i spojrzała na mnie próbując znaleźć odbiorcę swojego uśmiechu, że to niby żartem mówi.

Nie odpowiedziałam jej, nie szukałam kontaktu z jej oczami, bo wcale mnie jej podejście do sprawy nie bawiło ani kiepski żart. Kolejny tupiący i płaczący księciunio z rodu królowej blondynki. Może w piłce kariery nie zrobi, ale czy zrobi ją gdziekolwiek indziej.

Obserwacja dzieciaków na boisku i ich rodziców siedzących na ławkach, jest dla mnie czymś nowym.

– Dobrze było dziś na treningu?- spytałam własną pociechę.

– Nie bardzo.

– Czemu?

– Bo niektórzy z naszej drużyny nie grali z nami… Jak miałem piłkę to mi jeden chciał zabrać żeby sam ją miał…

W tym wieku nie każdy wie co to jest współpraca. Nie każde z dzieci chce lub może się wydostać ze swoistego poniedziałku w karierze piłkarza, dobrnąć do piątku czy niedzieli.

 

Może dobrze by im zrobiła jakaś lekcja od młodszego kolegi na przykład od wspomnianego powyżej sześciolatka.

– Mamo, ile masz lat? – zapytał mnie w porze kolacyjnej.

– Nie wiem, trzeba by policzyć – zawsze mam problem z aktualizacją tych danych. Coraz lat więcej a palców jak było dziesięć tak zostało.

– Bo ja mam sześć, o… zaraz ci pokażę.

Wstał od stołu z szafy wyciągnął metrówkę i przyłożył sobie od stóp do czubka głowy.

– Widzisz.

Ja i reszta domowników z trudem utrzymywaliśmy się przed objawami rozbawienia. Tymczasem on spojrzał na podziałkę i nie zobaczył na niej wyczekiwanej liczby 6.

– Ta miara jest zepsuta – skwitował.

 

Dobrze jest wiedzieć, że jest poniedziałek i dobrze jest odpowiednio do niego podejść. Żadna miarka długości ani objętości nie sprawi, że przybędzie umiejętności, których tak naprawdę nie zdobyliśmy, lat, których nie posiadamy, kolegów na których szacunek nie zapracowaliśmy. Ale w perspektywie, gdzieś w oddali dobrze jest widzieć i dążyć do piątku albo i niedzieli i … nowego poniedziałku, nowego zadania do przerobienia.

ZIMOWE PAPROTKI

Na parapetach, balkonach, ścieżkach, drzewach – leży biała kołderka. Jest ładnie, ale zimno. Jeszcze w piątek o poranku walczyłam ze skutkami mrozu, bo mi zamarzł zamek w samochodzie, a jakby tego było mało to nawet drzwi przymarzły do całej reszty i trzeba było się do środka wciskać przez tylne drzwi, co wcale nie jest przyjemne, a przy okazji generuje hałas, bo i klakson uruchomiłam kolanem albo jakąś inną częścią nogi. Niektórzy sąsiedzi zapewne musieli opuścić swoje pielesze i sprawdzić kto to, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy to akurat nie jemu jakiś znajomy nie każe wyjrzeć na chodnik, a może to śmieciarka, która nie może przyjechać… cokolwiek, co trzeba sprawdzić.

Ostatnio bardzo mnie zajmuje kwestia Indii z racji nawiązanego kontaktu. Tylko pomyśleć, że tamtejsi ludzie (po części ) nie wiedzą co to jest mróz. Dla nich sytuacja z zamkiem i przymarzniętymi drzwiami nigdy nie będzie miała miejsca. Jak przeczytałam w wiadomości, najniższa temperatura jaką dane było owemu znajomemu odczuwać to dziesięć stopni na plusie. Nigdy też nie widział śniegu… no tak. I wiecie co? To działa zadziwiająco. Teraz baczniej przyglądam się pogodzie. Stojąc przy samochodzie, czekając aż mróz puści zamek, zainteresowałam się skrzynką pocztową. Miała takie śmieszne, białe, mrozowe włoski, a kierunek wspinania się wzrostowego, u każdego z nich był inny. Jeden rósł w pionie, drugi w skos lewy, trzeci w skos prawy. A ja przejechałam po tej budowli palcem i ją zburzyłam. Takie kruche jest piękno.

Pomyślałam sobie wtedy, że my ludzie jesteśmy dziwni. Jak coś mamy to tego może nie, że nie doceniamy, ale nie dostrzegamy tak, aby każdego dnia rozkładać to na części pierwsze. Nie robimy głębszej analizy. Nie cieszymy się tak, jak powinniśmy. Narzekamy tylko, że zimno, że coś tam. A przecież wszystko jest w jakimś celu. Każda jedna mała igiełka wyrosła żeby cieszyć oczy, jeśli oczywiście oczy te cudne obrazy zauważą, bo jeśli nie – to cały wysiłek matki natury zostaje przez człowieka przegapiony.

Kiedy byłam dzieckiem nie mieliśmy w domu plastikowych okien z podwójną szybą. Często było zimno, ale prawie każdego mroźnego dnia kiedy wstawałam z rana, mogłam nasycać wzrok malowidłami na szybie. To były paprotki, a może kwiaty zimowe, a może liście. Zawsze mnie fascynowało to zjawisko. Jak ono powstaje, skoro teraz jest niespotykane?

Widoczne na szybach wzory powstają w efekcie kontaktu ciepłego, wilgotnego powietrza z wymrożoną powierzchnią szkła. Powietrze wydobywa się przez szczeliny w oknach – para wodna osadza się na szybie i przemienia się w lód, czego efektem jest zjawisko zwane szronem. „Malunki” na szybach to nic innego jak właśnie szron, choć przybiera niezwykle ozdobną formę.” (https://www.asmont.com.pl/obrazy-malowane-na-oknach-przez-mroz/)

W teraźniejszości na szybach w domu nie mam tych śliczności malowanych mrozem, na szybach samochodowych też ich nie mam, bo zwykle pokrywa lodowa jest mało wymyślna. Nawet nie wiem gdzie ich szukać. Jest zima i jest mróz, a kwiatów nie ma. Jak to? Gdzie można odnaleźć wyraźne ślady pędzla zimy.

GOOD MORNING

Jeszcze nikt nigdy takimi słowami nie rozpoczął mi dnia, uśmiechnęłam się więc na myśl o tym, że świat jest większy niż mój pokój. Tysiące kilometrów przeleciało do mnie owe powitanie, na łączach światłowodowych, by jako mała iskierka rozjaśnić mi dzień. Przypomniało mi się, że kiedyś już próbowałam szukać tego, czego nie znalazłam w naszym kraju, gdzieś poza jego obrębem, ale spotkałam kogoś, kto mnie od tego odwiódł i zdeptał całe ognisko, które z wielkim trudem rozpalałam, tak to widzę dzisiaj po wielu latach przemyśleń. Może to ta mentalność, moja mentalność jest czymś egzotycznym w miejscu, w którym żyję. Nie zwiedziłam świata, więc nigdy nie miałam okazji go porównać z jakąś rzeczywistością, ale czytałam co nieco i rozmawiałam nieraz z ludźmi, którzy otwarcie mówią, że w Polakach jest jakiś błąd, że jest w nas zrzędliwość, nienawiść, plotkarstwo i jeszcze kilka innych brzydkich cech. I chyba dlatego coraz mniej chce mi się mówić. Dlaczego? Bo to wciąga. Zwykła rozmowa, która musi kogoś opluć. A mi śliny szkoda. Poza tym po takich rozmowach czuję się źle. Pozostaje mi stać, słuchać i kiwać głową, albo nawet odwracać wzrok.

Za dużo w tym roku wniknęło w moje życie szarzyzny, szczególnie nieprzyjemna była jego końcówka. Ot taki upierdliwy stary kawaler z którym aktualnie pracuję, jawi mi się obrazem dębowej deski i księdza z kropidłem, tak niewiele bowiem wykazuje oznak życia, a jeśli już takie są, to stanowią krytykę: tego, tamtego, owego. Taki człowiek ciągnie w złą stronę. Niestety, ale mam w otoczeniu zawodowym aż dwie osoby z widocznym ego. Ścierają się. Jedna chce słuchać tego radia, druga tamtego, ja zaś jestem miłośniczką ciszy, ale słucham chcąc nie chcąc dwóch stacji radiowych na raz w jednym pomieszczeniu (o zgrozo). To już blisko do zmiany pracy, wiem o tym i cieszę się na tę myśl.

A znajomi? Tu ktoś wyjechał, tam z kimś rozeszły się drogi. Ostatnio się przyglądam swojej wewnętrznej przestrzeni przeznaczonej dla ludzi i stwierdzam, że jest jak lotnisko, tylko samolotów mało i kiedy z wielkim uśmiechem swoistej ulgi brałam się już do sadzenia ziół (skoro taki mam rozległy teren)… przyszedł wczorajszy dzień i mnie rozczulił. Wizja Good Morning zasłana z pewnego zakątka świata tchnęła we mnie coś nowego. Ciągle sobie powtarzam NIE ULATUJ, NIE ULATUJ, JUŻ NIGDY MI NIE ULATUJ MYŚLO -ŻE ŚWIAT WART JEST WIĘCEJ … może nie uleci, jeśli ją zapiszę na lodówce.

WIELKIE UMYSŁY

Ostatnio czytam książkę W.Hugo „Nędznicy”. Jest chyba najmniej równa z tych jego książek, jakie dotychczas przeczytałam. Na czym polega na nierówność? Każdy, kto sięgnął po Hugo wie, że on ma swoje maniery. Jak się uczepi historii to leci nawet przez kilkadziesiąt stron, jak się uczepi nazwisk to też potrafi zanudzić, bo co komu po tych nazwiskach, skoro nie jest historykiem. Potrafi zasypać dosłownie wszystkim, bo i biologią i przemysłem i polityką i językiem niezwykle kwiecistym. Czasami się zastanawiam, czy aby nie był też po trochu znawcą ludzkiego mózgu, bo najwyraźniej potrafi przyciągnąć i trzymać. Każdy czytelnik cierpliwie czeka na ulubiony przez siebie, a pisany przez niego fragment. Ma więc miód wielokwiatowy, który dozuje po trochu, ale każdemu, bo mniemam, że każdy znajdzie w jego twórczości coś dla siebie.

Książki nie będę polecać, bo mnie jeszcze ktoś (zanim trafi na to co go zainteresuje) będzie w myślach wyzywał. Jest ona specyficzna. I co najdziwniejsze, jak na razie (jestem za połową) najbardziej w jej trakcie nakręciła się we mnie kwestia „wielkich umysłów”. Zdałam sobie sprawę z tego, że wszystkie nasze bolączki czasu współczesnego i swoistej beznadziei w kwestii rozpętanej na Ukrainie wojny, wynikają z tego właśnie braku, braku kogoś o wielkim umyśle, kto ustawiłby świat w jakiś logiczny sposób, bo tych przepychanek w świecie polityki jest jakby za dużo, a i kolory sumień ludzi skorych do przepychanek nie są jasne.

Świat zdaje się być niekompletny, a nawet niezrównoważony. Brakuje jakiś postaci na zdjęciach w wiadomościach, tylko jakby ich jeszcze nie ma na scenie. Jest sporo miejsca, ale nikt nie potrafi go wypełnić. Przestrzeń na charaktery wzbudzające zaufanie już powstała i jest ogromna, ale nie ma nikogo, kogo można by w niej umieścić tak dokładnie. Być może za długi się ciągnie tren za rządzącymi i nie składa się on z krwi innego pochodzenia, bo wszystko jest z jednej rodziny; rodziny podobnych poglądów, postępowań, oczekiwań. Oby w końcu pojawił się ktoś teraz światu tak bardzo potrzebny.

JA TRUCHTAM A TY WYBIERAJ

Spadła rakieta. Znalazł się chłop zbierający sałatę w odległości ośmiu kilometrów od miejsca zdarzenia, sąsiad, dyrektor czegoś tam, proboszcz parafii i wreszcie znalazła się mała miejscowość, która ma tylko jedną nędzną drogę asfaltowaną (no i co z tego, że nędzną?). Siedzę nad tym nieszczęsnym Internetem: czytam różne informacje, często nie wnoszące nic istotnego w temat – ot jest zainteresowanie, to ludzie jak te pelikany łykają wszystko. Pojawiają się głosy znanych skądinąd osób: ten myśli, że to rosyjska rakieta, ów że to ukraińska. Jakaś ankieta krąży po facebooku pod tytułem „jak myślisz, co się zmieni po tym wybuchu?” A ja? Zastanawiam się, jak to jest możliwe, że spadła jedna, zabłąkana rakieta i od razu trafiła na ludzi. Nie mogła trafić na pole albo do jeziora albo w jakiś nieużytek, opuszczoną fabrykę? A może tych rakiet było więcej, tylko dotychczas nie trafiły w ludzi?

Trudno filtrować świat podawany za pośrednictwem mediów. Jeden fakt zostaje przepleciony wzdłuż i wszerz z sieczką o małej przydatności informacyjnej, robiąc całą tablicę wydarzeń. Tych ważnych i istotnych i tak nie dostaniemy, bo są zbyt tajne.

Jestem zmęczona ciągłym nakreślaniem mi linii myślenia, twarzami polityków i wojskowych, które w kółko pojawiają się to w tym to w tamtym artykule, a za każdym razem z innym nagłówkiem . Zmęczona ekspertami z tytułem – pierwsze słyszę – sprzedającymi jakieś swoje wizje… już od lutego.

Jeśli ktoś, tak jak ja – ma dosyć, proponuję mu założyć buty, spodnie, ocieplaną bluzę i potruchtać w plener. Ostatnio dwa razy udało mi się jeszcze przed śniadaniem zapomnieć o świecie, który umęcza ciągłymi sensacjami, jakie reporterzy zauważyli nawet tam, gdzie ich nie było. Truchtanie jest zdrowe i przyjemne, a zrobione przed pierwszym posiłkiem układa dzień w niesamowitej energii, nie to co trening wieczorem, po pracy, przed obiadem, po obiedzie, albo z myślą o obiedzie. Jest jakaś magia w treningu na czczo… tylko trzeba się zwlec z łóżka.

Nie bez powodu używam słowa „truchtanie” zamiast słowa „bieganie”. Robiąc trening dla siebie z nikim się nie ścigamy i nikomu nie musimy niczego udowadniać. Każdy człowiek potrzebuje innego tempa, a nauczono nas w szkołach i na podwórku rywalizacji. Nie tym razem. Trzy, dwa albo choć jeden przetruchtany kilometr jest lepszy niż siedzenie w domu i wyszukiwanie sobie jakiś kompleksów albo obaw. Nie dajmy się zwariować – truchtajmy, ktokolwiek by się nie wypowiadał w mediach – truchtajmy. Nasz cel to zdrowie fizyczne i psychiczne, a nie nabijanie popularności co jaskrawszym, a może cwańszym politykom.

TRUCHTAJMY!

W KRAINIE CZARÓW

Zbudowałam sobie tę postać na nowo. To już nie jest ta sama osoba, która gdzieś, tam, kiedyś śpiewała w odcieniach czerni i bieli ze starego odbiornika telewizyjnego. Zmieniłam się, może gdzieś dotarłam, może dojrzałam do dotarcia, przewartościowania. Czy to ważne? Słucham o wielkim targu (tej akurat wersji z 88 roku), słucham potężnego wokalu i nie mogę wyjść z podziwu. Odnoszę wrażenie, że najpierw głos idzie razem z muzyką, a potem muzyka chce go wyprzedzić tak, że głos goni tę muzykę, która próbuje jej uciec, a kiedy ją dogania na chwilę idą razem, potem znów się wymyka… ta gra, ta gra… jest czymś bardzo zajmującym, przez to słuchałam tego wykonania piosenki już kilkanaście razy i wciąż nie mam dosyć. No a do tego dochodzi tekst, wszystko uszyte na miarę, po prostu – „… wciąga cię wielki targ… ”

Alicję odkryłam kilka lat temu na koncercie, do którego podeszłam jak do ciekawostki i z którym żadnych nadziei na dobrą zabawę nie wiązałam. Jej koncert był częścią innego wydarzenia. Zdziwiłam się prawdę mówiąc, bardzo się zdziwiłam potęgą jej charyzmy. Potrafi podnieść publiczność z marazmu wprowadzając na widownie klimat przyniesiony ze sobą, a klimat ten jest bardzo ożywczy, miejscami nostalgiczny, ale nie zmierza bynajmniej w jakieś przykre rejony… jest tak ludzko, ciepło.

Pomyślałam sobie, że Pani Alicja musi mieć piękne życie, skoro jest w niej tyle dobrego na podział, skoro ma taki odważny głos, musi mieć jakąś dla niego siłę napędową i jakieś powody do ciągłego uśmiechania się na scenie, które z mojej perspektywy wyglądają na prawdziwe. I zdziwiłam się po raz drugi. Kobieta ta, jeśli wierzyć internetowi, jest poza związkami miłosnymi, wygląda na to, że prawie czterdziestu lat, od czasu rozstania się z mężem. Nie ma dzieci. Wiele osób na jej miejscu miałoby problem z funkcjonowaniem w społeczeństwie, bo jednak jakiś tam nacisk na ustatkowanie się zawsze jest, ale tutaj nie zadziałał. Wygląda na to, że można być szczęśliwym nawet wtedy, kiedy los nie pozwolił założyć rodziny.

Po zebraniu tych informacji jeszcze bardziej doceniam ją jako artystkę, choć niektórzy powiedzą, że przecież to żadna nowość, i że można pięknie w tęsknocie wyglądać, nie jest wszak żadną nowością, że ptaki śpiewają, przecież dawno, dawno temu istniała instytucja eunuchów, ale… oni nie śpiewali mocno, eunuchowie cieniutko wyciągali, nie to co Alicja Majewska.

O, a tak śpiewa aktualnie 🙂

I GITARA GRA

Lubię festiwale młodych talentów. Siadam na widowni, a moje uszy próbują ich umiejętności. Niektórzy są naprawdę nieźli. Na tym festiwalu, który odwiedziłam w zeszłym tygodniu, było trzynastu uczestników… i pierwszy raz mi się tak zdarzyło, że z tej trzynastki do grona zwycięzców wytypowałam tych samych uczestników, których wytypowało „jury”. Tylko jedno się nie zgadzało – mój faworyt nie zajął miejsca od jeden do trzy, ale zdobył nagrodę publiczności. No i mam zagwozdkę, dlaczego? Na yt przeglądałam jego występy z innych konkursów i wychodzi na to, że jak to powiedziała Pani z innego „jury” oceniająca występy tego samego uczestnika – cytuję „nie miałabym co z nim zrobić”. Czy to oznacza, że talenty niestandardowe muszą iść na straty, bo nie ma dla nich zastosowania, bo nie sposób wykorzystać danego głosu z pożytkiem dla siebie i dla właściciela tegoż głosu? Zasmuciło mnie to.

No ale, kiedy już tak siedziałam i kiedy obserwowałam… nie chcę być okrutna, ale niektórzy z finałowej trzynastki nie śpiewali żadną częścią siebie, bo nawet ich usta nie chciały śpiewać. A poza ustami śpiewa też całe ciało, śpiewają plecy, nogi, biodra, dłonie, śpiewa taniec… kurczę to było straszne, bo postawiłam tam sobie siebie. Ja nie śpiewałam, ja tam wysłałam tekst piosenki, który oczywiście nie miał pleców i odpadł, bo ja pleców nie posiadam, ani żadnych sukcesów, a było ustalone tak, że nawet zabawy w godła nie było i tak sobie pomyślałam, że ten tekst, to tylko mój głos, że nie zatańczyło moje imię i nazwisko… wiem może trochę marudzę, ale ten festiwal mnie zawiódł, bardziej niż kiedykolwiek, bo tym razem to, co napisałam było jak dla mnie dobre i pasujące i mówiąc szczerze bardzo mi się spodobało pisanie pod muzykę… zmierzyłam się jednak z tym, dałam radę obejrzeć, bo jak się okazało zwyciężczyni nawet sama zaśpiewała to co wymyśliła (choć mnie nie zachwyciła) i no cóż, chyba czas wracać z krainy marzeń, bo nie dla mnie wielki świat muzyki.

Na szczęście moja podświadomość mnie pociesza i z każdej strony rozpieszcza. Sny mam bajeczne, wstaję po nich z takim uśmiechem, że zaczynam się zastanawiać, czy kiedykolwiek w życiu było mi ze sobą tak dobrze jak teraz? Mimo, że wojna za płotem, bieda nadciąga, do tego wszystkiego jakiś pech się przyplątał od dnia tego wypadku i festiwalu razem wziętych, bo i papugi uciekły i monitor wysiadł i samochód nie działa jak trzeba, prawie nie straciłam oko, pochorowałam sobie i pensji będzie mało… ale śnię w płatkach kwiatów… i piszę sobie to, co mam ochotę napisać, bo lubię zapisywać siebie.

*Obrazek w tle zdjęcia jest z koncertu Boogie Boys`ów (swoją drogą dobry to był koncert).

CZŁOWIEK, ISTOTA ULOTNA

Za każdym razem, kiedy sobie myślę, że może wystarczy, że może czegoś nie zrozumiałam, że może czas przestać się grzebać w słowach, kłaść je w rządkach, ubierać tak by się podobały, wtedy intuicja przychodzi do mnie, na raz z kilku stron, zupełnie jakby chciała mi dać do zrozumienia, że jest jeszcze tyle nieopisanych rzeczy, a kiedy mimo to bronię się, ona nie ustaje, przychodzi bliżej i częściej, dopóki nie zacznę współpracować… ile razy chciałam przestać – to tylko ja wiem, ile razy nie dawała mi jednak zamilknąć – to też wiem tylko ja sama, a ile razy dziennie zadawałam sobie pytanie – po co? – właśnie… tylko ja to wiem.

Wczoraj skończyłam czytać „Istoty ulotne” I.Yalom`a, trochę nie doceniłam tej pozycji, albo raczej nie samej książki, ale swojej intuicji, która mnie do niej poprowadziła, a od niej przez… trochę pisania (obok bloga), aż do wydarzeń z dziś, bo dziś dowiedziałam się co chciała mi pokazać.

Wydarzenia z dzisiejszej drogi z pracy do domu sprawiły, że po powrocie, niemal natychmiast usiadłam do komputera, choć za pół godziny wychodzę na festiwal, nie chcę stracić tego co mam teraz w sobie. Jechałam rondem, przede mną jechał motor, a z boku ronda wjechał samochód, wymusił pierwszeństwo. Doszło do wypadku, motocyklistka poleciała w powietrze i wylądowała u stóp samochodu, który jej wyrządził krzywdę, motor poleciał z pięć metrów dalej. Przeżyłam szok, bo nigdy wcześniej nie widziałam na żywo jak ktoś tak leci i nie jest to ani zaplanowane, ani przewidziane.

Człowiek spadł, ludzie zatrzymali samochody, powybiegali, ktoś krzyknął do sprawcy wypadku „kur** nie widziałeś?” ktoś mówił coś do poszkodowanej, kilka osób dzwoniło na sto dwanaście. Sprawca złapał się za głowę, nie umiał powiedzieć nic, potem chcąc się na coś przydać chciał przestawić motocykl, powstrzymałam go i jak mi potem powiedział policjant, dobrze zrobiłam. Kobieta poszkodowana leżała twarzą do dołu, na plecach miała plecak, na głowie kask, pod nią była plama krwi, co prawda mała, ale jednak. Po naradzie postanowiliśmy pozwolić jej tak leżeć, bo była przytomna i… nie wiadomo co z kręgosłupem.

Najpierw przyjechała policja, potem straż pożarna, na końcu karetka. Dosyć duże rondo zostało zablokowane, poczekałam żeby robić za świadka w razie „w”. Jak się później okazało, pan jadący za mną ma filmik ze zdarzenia, więc pewnie nie będę potrzebna, ale… dane podałam.

Dawno nie przeżyłam takiego wstrząsu, pomału odzyskuję równowagę, jednak ten obraz uderzenia i kobiety, która leciała, ciągle mi się plącze w głowie. Motor nie ucierpiał. Przedni zderzak samochodu sprawcy od strony kierowcy nie nadaje się do użytku, na szczęście to był mały fordzik, a nie jeden z tych „prawie” terenowych potworów.

Życie… jakie to życie jest ulotne, zupełnie jak w tytule książki. Jest człowiek, a wystarczy chwila i może człowieka nie być. Mam nadzieję, że tej kobiecie nic nie jest. Tyle rzeczy odkładamy na potem, robimy pauzy, trzy kropki, jakbyśmy mieli żyć i żyć a wystarczy, że ktoś „na górze” podejmie decyzje, i nagle nic nie ma znaczenia, więc może warto się zastanowić w jaki sposób żyjemy, czy nie brniemy w ślepą uliczkę, czy robimy to, co trzeba i czy robimy to dobrze, bo jednak jesteśmy bardzo ulotni, bardzo… za chwilę może nas nie być.

… pisane 7 października 2022 roku

SER ALBO ŚPIEW

Jak to jest z tymi paragonami? Każdy się oczywiście zarzeka, że sprawdza albo na miejscu, albo w zaciszu domowych pieleszy. No… ja się przyznam, że u mnie bywa różnie, ale kiedy suma końcowa i wyświetlacz terminala wydają się nie pokazywać prawdy – to sprawdzam paragon, pozycja po pozycji. Zwykle jednak okazuje się, że to inflacja, a nie ludzki błąd tak mi nabił guza finansowego.

Ale bywa inaczej.

Przyjechałam do domu obładowana zakupami, zdążyłam zmienić ubranie, na takie pod grzebanie w garach, ale jeszcze luknęłam w paragon, bo coś mi nie pasowało. No i masz. Moje maleństwo takie lekkie, że stu gram nie ważyło miało wbitą cenę za niemal kilogram. Z marszu pojechałam do spożywczaka, z reklamacją, że ja nie chcę tego produktu za taką cenę. Ekspedientka się zdziwiła, oglądała paragon kilka razy. W końcu wydała werdykt, że to ona źle wprowadziła. Zwróciła nadmiar i nabiła mniejszą kwotę, przecinek przesunął się w lewo. Trzy dychy w kieszeni. Niby nic, ale to może stanowić równowartość biletu na koncert. Pytanie czy ja chcę oddać swój bilet na koncert? Otóż nie chcę i nie oddam mojej dobrej zabawy, śmiechu i śpiewania.

Minął jakiś tydzień, zupełnie zapomniałam o tamtej sytuacji i znów w tym samym spożywczaku, taki sam ser się do mnie uśmiechnął z lodówki, a ja go zabrałam do koszyka, bo zapragnęłam, żeby się uśmiechał nie do mnie, ale wewnątrz mnie. Przy kasie licznik znów jakoś podejrzanie podskoczył, ale zdążyłam sobie przypomnieć o serze i zaraz po otrzymaniu paragonu zrobiłam reklamację. Tym razem sama pani kierownik siedziała „na kasie”. Jak poprzedniczka wpatrywała się nie mogąc zrozumieć w czym widzę problem, o czym mówię.

Jest osiemdziesiąt cztery, no jest – tylko jednego zera po przecinku zabrakło przy nabijaniu na kasę.

Zostałam przeproszona, to już dobrze, bo poprzednia pracownica nie przeprosiła, a musiałam się fatygować około kilometra w jedną stronę i kilometra na powrót, już nie wspominając o przebieraniu się trzy razy (wejście, wyjście, wejście).

Pani kierowniczka oddała mi pobrany nadmiar pieniędzy i to właściwie powinien być koniec sprawy. Ale… teraz czaję się na resztę kasjerek i ten sam ser. Mam misję – uratować nabywców tegoż sera, przed „oskubaniem”. My konsumenci sera… no tego tam… to nie gęsi, żeby nam pióra wyrywać i zabierać bilet na koncert 🙂

Na półce w sklepie leżało jeszcze sześć takich serów, a z min pań obsługujących kasę wywnioskowałam, że proceder trwa od dawna, bo produkt ten nie jest żadną nowością w tej placówce, pewnie i ja sama nieraz przepłaciłam (o nie!) . Ktoś najwidoczniej zbija kasę na tym serku. Policzmy – średnio trzydzieści złotych razy dajmy na to siedem (bo tyle ich widziałam w lodówce) to daje dwieście dziesięć złotych.

Rachunek jest prosty – patrzmy w paragony, jeśli chcemy chodzić na koncerty.

SAMI SOBIE WINNI

– Przerwę mamy o jedenastej czterdzieści? – zapytała mnie dość niespodziewanie kobieta, która przysiadła się do stolika.

Przyznać muszę, że to postać nietypowa. Jest jak to się zwykle mówi „przy tuszy”, ale tusza ta nie rozlewa się w fałdy. Na pierwszy rzut oka widać tylko cyce nie cycki, ani piersi, tylko cyce. Dlaczego? Bo nie chodzi zgarbiona, mimo tego, że matka natura ją obficie wyposażyła. Tak więc one idą pierwsze, potem idą ramiona. Ramiona są masywne, rozbudowane, szersze niż jej biodra. To takie ramiona, które mówią o kobiecie, że potrafi unieść dużo i to nie tylko obowiązków. Potem w kolejności rzuca się w oczy bardzo okrągła talia. Nogi i reszta ciała są całkiem przeciętne, tak samo jak i twarz, a kiedy się odezwała, stwierdziłam, że jej głos pasuje do tej części przeciętnej.

– Nie wiem, ja rzadko jestem na tym dziale… czyli co niedzielę- dodałam nieco niezadowolona ze swojej odpowiedzi, bo jak to właściwie określić „co niedzielę” to jest często czy nie. Jeśli ona jest z weekendówek to jednak często, a jeśli jest z pełnego etatu to rzeczywiście nieczęsto.

-Tak, jedenasta czterdzieści – powiedziała, jakby sama sobie odpowiadała. Widocznie okazałam się nie być pomocna.

– Pewnie przyślą wiadomość, trzy minuty przed przerwą, tak jak teraz było – próbowałam utrzymać rozmowę, bo nigdy nie miałam okazji zweryfikować swojego obrazu tejże kobiety, który powstał we mnie na podstawie obserwacji, z obrazem faktycznym – żebyśmy pracowali do samego końca – dodałam.

W pracy tej zejście ze swojego stanowiska i udanie się na przerwę zajmuje zwykle dwie minuty, jeśli się nie jest na trzecim piętrze, końca magazynu, bo wtedy przejście potrafi zająć ponad dwie minuty, a dla odmiany na parterze, trwa to minutkę.

– No i co z tego? Ludzie są sami sobie winni, że tak późno dostają informację… – ciągnęła.

– Dlaczego? Przecież nie każdy kończył wcześniej… niektórzy są uczciwi…

Próbowałam bronić stanowiska tych osób, które sumiennie przykładały się do powierzonego im zadania. Wcześniejsze powiadomienie o przerwie pozwalało ułożyć sobie plan pracy w końcowych minutach.

– Jedni są tacy, drudzy tacy, a oni muszą pilnować wszystkich – skwitowała.

Zaczęłam się zastanawiać – czym żyje ta kobieta i jej podobni ludzie, tu pracujący? Liczy na dożywotni etat w firmie? Czy ona naprawdę nie ma świadomości tego, że kiedyś się zestarzeje i nie będzie miała siły i nie będzie miała wyrozumiałości… dla ludzi będącym ponad nią, którzy bawią się kosztem innych.

Szybko się jednak swojej myśli przyjrzałam… co ty Renata… przecież widziałaś tutaj już tyle, przypomnij sobie choćby tamtą sytuację – na standup-ie publicznie powiadomiono wszystkich, że każdy może „…”, a ty nawet nie pomyślałaś, że mogłabyś nie móc tego „…”robić, bo zawsze tak robisz. To są ludzie, którym trzeba nakazać, pokazać i pozwolić. Dlaczego Renato przez cały czas szukasz tego, czego w tej firmie nie ma? Dlaczego nie pomyślałaś, że może dlatego menagerów zatrudnia się z zewnątrz, a nie w drodze awansu… bo ci ludzie tutaj nie mają ambicji… potrzebują miejsca, w którym ktoś za nich wszystko pomyśli i obliczy.

Zostały mi jeszcze tylko dwa tygodnie wypowiedzenia, cztery dni… tylko czterdzieści godzin.