CALE WSZECHŚWIATA

Właściwie nigdy nie zrobiłam żadnych konkretnych zakupów w tym sklepie. Coś mnie od niego odpychało, ale skoro syn się uparł to mu potowarzyszyłam w zakupach. Kiedy on szukał swojej niezbędnej części elektroniki, ja przechadzałam się po salonie RTV i AGD. Weszłam w alejkę telewizorów. Taaakie wielkie ekrany, płaskie jak monitory komputerowe. Nie wiem nawet ile cali mają takie cuda, które ledwo mieszczą się na ścianę. Przecież od oglądania ich, to oczy muszą boleć, jak tych widzów w pierwszym rzędzie sal kinowych. Raz tak siedziałam na „Panu Tadeuszu”. Jak chciałam zobaczyć kto mówi, musiałam całą głową kręcić to w prawo to w lewo. Mniej więcej w połowie filmu przestałam patrzeć w ogóle. Poza tym, gdzie ci ludzie mają miejsce na szafy, po zawieszeniu telewizora? Może nie mają szaf, a może mają specjalny pokój telewizyjny czytaj kino domowe. No tak. Ja nawet nie oglądam telewizji, bo mi na nią szkoda czasu i nerwów. Jednak ktoś takie bajery kupuje i ich potrzebuje.

Przeszłam kawałek dalej. Hmm roboty kuchenne wielu specjalności. Leży mi w domu jeden taki, ale jakoś się nie przydaje. Surówkę ucieram na tarce, a mikser mam malutki, który łatwo jest umyć, sokowirówkę też rzadko wyciągam. Wciąż brakuje mi czasu, a jak już go mam to przeznaczam na dzieci, pracę i pasje przeróżne…

Jakaś jestem minimalistyczna pomyślałam podchodząc w strefę urządzeń chłodzących, które okręcały swoje śruby, a wstążki zawieszone na obudowie wskazywały kierunek wyrzucanego przez nie chłodnego powietrza. I już prawie stwierdziłam, że przynajmniej jeden sprzęt mam do ludzi podobny, póki nie zauważyłam klimatyzatora.

Ech… westchnęłam nad tym klimatyzatorem za ileś tam tysięcy i spojrzałam na syna chcąc mu dać do zrozumienia, że taki właśnie byłby dla nas najlepszy, ale zauważyłam kobietę która bardzo dziwnie przyglądała mu się. Była to kobieta zbliżona do mnie wiekiem. Przecież on ma15 lat, a ta kobieta nie patrzy na niego normalnie. Skąd u kobiet dojrzałych bierze się zainteresowanie młodymi mężczyznami? To dla mnie bardzo trudne do zrozumienia. Może dlatego, że mam synów. Może gdybym miała córki to patrzałabym inaczej na dorastających chłopców. A może to nie ma z tym nic wspólnego tylko jakiś się w tych kobietach odzywa głód, którego ich mężczyźni nie potrafią w nich zaspokoić. Przecież i mężczyźni dojrzali zachowują się niezrozumiale. Żony w domu gotują bigosy, a im oczy z orbit wychodzą na młode podlotki w mini spódniczkach. Wiem, generalizuję, to nie dobrze, to nie jest na miejscu. A co jeśli jest jeszcze inna opcja… ?

No tak nie mam telewizora XXL, robota wysokiej klasy ani klimatyzatora, ale mam dzieci, których bym nie zamieniła na te wszystkie sprzęty. Dziwny jest świat wyborów. Ludzie sobie planują dom, samochód, telewizor i inne takie, a jak przychodzi czas na dziecko to nagle coś nie wychodzi. I siedzą potem i patrzą na te cale i kochają się jeszcze mocniej, bo przecież coraz mniejsze mają szanse na podzielenie tej miłości. Jest to jakaś droga wybrana świadomie bądź trochę mniej świadomie, ale droga do przejścia. Nie łatwa, pełna łez i oczekiwań tak bardzo niespełnionych. Zawsze, kiedy spotykam takie osoby nie mam słów na to by je pocieszyć, bo co to znaczy możesz sobie podróżować, wydawać pieniądze na drogie przedmioty, skoro nie ma tego jednego ważnego punktu w związku. Nie ma tej lekcji wielkich obaw i wielkich radości. Zawsze sobie wtedy tłumaczę, że oni najwidoczniej już wszystko przerobili i to jest ostatni z etapów ich podróży przez wszechświaty. Nie mają niczego, co by się za nimi ciągło. On i ona jak dzbany są puści w więzach, muszą się skupić już tylko na sobie i to jest ich zadanie ostateczne. I nie mam pewności czy tak jest naprawdę , ale bardzo chcę w to wierzyć, bo to często są wspaniałe pary ludzi.

blog203

PRYZMAT 5

Właśnie kończyliśmy spożywanie obiadu, kiedy to mój „inteligentny inaczej” kot postanowił zrobić szybki ruch w stronę kwiatów upiększających parapet. Pomiędzy doniczkami, wpatrzony w jakiś punkt.  Jak szaleniec przedzierał się w jego kierunku nie bacząc na nic. Instynkt łowcy czy jak?

– Co się stało temu zwierzęciu? – wydałam z siebie pytanie w tonacji zdziwienia zmieszanego z dezaprobatą.

Podeszłam do okna i zauważyłam: najpierw ją a potem drugą ją.

-Ooo?! mucha… i druga.

Zaraz od stołu rozległo się głośne  – „gdzie? gdzie?…”  i jeden szkrab przez drugiego zaczął się pchać w kierunku miejsca obleganego już przeze mnie i kota. Wszyscy obiednicy chcieli zobaczyć skrzydlatego robaka. Zanim przyjdzie lato znienawidzą go, ale teraz patrzą na niego tak, jak patrzy się na posłańca dobrej wieści.

-Ale…

-Fajnie…

– Mucha.

Licytowali się w zachwytach. Nagle jednemu z nich przyszło do głowy przypomnienie – obrazki, na których całe ich stado oblega psie odchody, albo może akcja ze spotkania „muchy bumeranga”, nieustannie zainteresowanej pewnym wycinkiem jego skóry. Ten oto insekt jest roznosicielem zarazków i jeszcze – najgorszym budzikiem, bo budzi za dnia w przeciwieństwie do trąbownika działającego nocą. A co to trąbownik? To po prostu komar. Czyli insekt pozbawiony zębów. Nie wiadomo dlaczego ludzie upierają się, że on gryzie –  a on przecież trąbuje. Przez pół nocy robi naloty, a gdy człowiek wykończony machaniem rękoma w bliżej nieokreślonym kierunku, nad ranem nareszcie zasypia okradziony z krwi czy też nie, to teren przejmują muchy. 

-Gdzie jest packa na muchy? – spytał mój prawie dziewięcio letni towarzysz.

-Po co ci packa?…. zostaw muchę kotu do zabawy – odpowiedziałam.

Na to głos zabrał pięciolatek

– Ja ją zabiję patelnią… gdzie jest patelnia?

Już się wybierał w kierunku szafki, kiedy w mojej głowie pojawiła się najpierw myśl – że oto kaliber broni na muchę rośnie , a potem wizja szyby rozbijanej patelnią. 

-Zostawcie muchę idziemy kończyć jedzenie, popatrzymy jak kot ją łapie.

Ciekawość wygrała. Posłuchali i rozsiedliśmy się z powrotem przy stole. Kot z boku trenował podskoki i poślizgi na płytkach kuchennych, ale muchy nie złapał, ostatecznie zrobił to dziewięciolatek. Pierwsza mucha na pierwszy dzień wiosny była zbyt niemrawa żeby zaczepiać chłopaka. Wystarczyło zaledwie klaśnięcie w dłonie kiedy przelatywała obok niego.

Odnoszę wrażenie, że im człowiek jest mniej dojrzały, tym prymitywniejsze wybiera narzędzia. Jeszcze mało zsocjalizowany bierze do rąk co popadnie… w jego mniemaniu wielki efekt osiąga się wielkim przedmiotem.

A socjalizacja zaczyna się w domu i dla rodzica nie jest wcale łatwa do wykonania. Ot weźmy choćby taką edukację seksualną. Staram się ją sukcesywnie wprowadzać, zanim zrobią to przede mną rówieśnicy dzieci.

-Chłopaki, kto to jest według was dziewica? – pytanie kontrolne, sprawdzające wiedzę zabrzmiało z moich ust.

-Dziewica to taka piękna pani – odpowiedział jeden.

Z braku innych propozycji zaczęłam więc proces uświadamiania.

-Otóż, dziewica to dziewczyna, która nie uprawiała jeszcze seksu – sprostowałam najwyraźniej jak tylko umiałam.

Reakcja była natychmiastowa. Dziewięciolatek  pokazał raz na jednego raz na drugiego dyskutanta palcem wskazującym, z wielkim uśmiechem odkrywcy mówiąc przy tym:

– Dziewica, dziewica…

Ktoś nie usłyszał, czy może ja nie wyraziłam się jasno?

-Nie, dziecko… to nie są dziewice – sprostowałam – oni, tak samo zresztą jak ty, są prawiczkami, bo chłopaki to prawiczki.

Sytuacja z pokazywaniem palcem się powtórzyła. Tyle, że wyraz z prawniczka szybko poprzekręcali i powstał im „prawniczek”. Po chwili namysłu, najstarszy, nastoletni już młodzieniec jakoś tak mało usatysfakcjonowany wyjaśnieniem tematu, zadał mi swoje… pytanie dodatkowe:

– Skoro dziewczyna to dziewica a chłopak to prawiczek, to jak się nazywa taki ktoś, ale rodzaju nijakiego, który nie uprawiał jeszcze seksu?

Odpadłam… no nie wiem, po prostu. Tworzą się nowe płcie, dajmy na to taka/taki/takie „gender”. Czy tworzą się tylko dla niemowlaków i przedszkolaków? Jak mam nadążyć ? Skąd wziąć odpowiedź? Gdzie są  te mądre książki, które mi wskażą wyraz, jakiego nie znam? Kto go zna?

No i wreszcie… jak tu być mądrym w oczach dziecka, które przecież bądź co bądź jest już z zupełnie innego świata?

ŚNIEŻKA 16/28

Śnieżka była pierwsza, pozwoliła do siebie podejść, jednocześnie pozostała nie zdobyta. Podroczyła się tylko ze mną, a nie dała pełni satysfakcji. Był to rok 1989 lub 1990, wycieczka szkolna organizowana na jesieni. Żadne z dzieciaków nie było dobrze przygotowane na ten wyjazd. Kurtki, szalik, czapka, rękawiczki i typowe obuwie równinne. Z Karpacza dotarliśmy na Kopę i tam nasi nauczyciele, nie pamiętam już z jakich powodów, ale poddali się. Śniegu nie było dużo, ale gdzie nie gdzie były zaspy, prawie po kolana, poza tym wiało i z tego co pamiętam robiło się późno. Tak więc z Kopy zjechaliśmy wyciągiem, co też stanowiło niemałą atrakcję. Pozostał jednak niedosyt, taki jak zjedzenie połowy pączka i to tej bez nadzienia. I kilka zdjęć, jednych z pierwszych jakie w życiu zrobiłam, moją nie odżałowaną „smieną”.

blog202.1

Lata mijały, w 2015 roku powróciłam na Śnieżkę. Początkowo kaprysiła, ale w końcu wpuściła naszą czwórkę (mnie i dzieci) w swoje rejony. I to właśnie ona sprawiła, że zaczęła się w mojej rodzinie przygodo z Klubem Zdobywców Korony Gór Polski. Po prostu spodobał mi się taki sposób spędzania czasu. Choć góry Śnieżki nie mogłam sobie wtedy dopisać do książeczki, bo jeszcze jej nie miałam, nie widziałam powodów, żeby nie wejść tam znowu.

A co o Śnieżce mówią stare przekazy? Pierwszy raz szczyt Śnieżki został zdobyty w 1465 roku przez czeskiego mieszczanina. Potem przez ponad wiek nikt nie był zdolny powtórzyć tego wyczynu, wiadomo, nie było wytyczonych szlaków, więc i śmiałek musiał się nieźle przygotować. Dopiero w XVIII wieku nasza królewna stała się popularnym miejscem wędrówek. Wybudowano kapliczkę św. Wawrzyńca, w której odbywały się nabożeństwa. W XIX wieku Friedrich Sommer wybudował na szczycie Śnieżki prawdziwe schronisko, które jednak po siedmiu latach działalności spłonęło. Dziś nie ma możliwości nocowania na Śnieżce. Od 1900 roku zaś na jej szczycie działa obserwatorium. Jest też wyciąg krzesełkowy (od 1949 roku) po polskiej stronie, którym można dotrzeć z Karpacza na Kopę pod Śnieżką.

Każdego roku odwiedza ją pół miliona turystów. Przez ponad 300 dni w roku utrzymuje się mgła, średnia temperatura roczna to nieznacznie powyżej zera stopni.

1602 m n. p. m to ona, stanowiąca najwyższy wierzchołek Karkonoszy.

Jako zdobywcy wybraliśmy się do niej w majowy weekend 2017 roku. Wracaliśmy już do domu z wakacji, a Śnieżka była po drodze. Zajechaliśmy do Karpacza. Było ciepłe, lekko zachmurzone popołudnie. Ze względu na zagrożenie lawinowe szlaki były pozamykane, z wyjątkiem czarnego. No cóż czarnym to już szłam dwa razy, ale z braku innych możliwości nie mogłam do niej podejść inaczej. Już na dole zostaliśmy ostrzeżeni, że na szczycie panują warunki zimowe. A niech tam – pomyślałam – zajdziemy tak daleko jak uznamy za możliwe, najwyżej się wrócimy. I poszliśmy.

blog202.2

Początkowo klimat drogi bardziej zwracał się w stronę wiosny, czy jesieni. Jednak im dalej szliśmy, tym śnieżniej robiło się wokół. W międzyczasie przypomniałam sobie jak wchodziliśmy w 2015 roku. Utkwił mi w pamięci pewien jegomość. Oddychał z trudem, ale piął się. Miałam obawy czy przeżyje taki wysiłek. Nie był to ani nikt starszy wiekowo, ani niepełnosprawny, ani nawet w towarzystwie, co szczególnie mnie martwiło. Ot jedynym, albo raczej głównym (bo o innych nie wiem) problemem z jakim się zmagał była olbrzymia nadwaga. Zatrzymywał się co jakiś czas i ciężko łapał powietrze. No, bo jakby nie patrzeć jest to górka, która wymaga minimalnej kondycji.

blog202.5

Tymczasem na trasie śnieg był nierówno rozłożony. W niektórych miejscach nie było go wcale. Tak samo mgła, raz gęsta, raz rzadsza. Jednak już od Kopy mgła stała się mroczna, aż pociemniało.

blog202.6

Od tego miejsca wdrapywanie na szczyt, przerodziło się w dobrą zabawę. Śmiech do bólu brzucha, ślizgawka, przewracanie się. Nie było zimno, pogoda skojarzyła mi się z taką, jaka jest latem po deszczu, ciepło i parno. A ta mgła dodawała uroku, trzeba było uważać, żeby się między ludźmi nie pogubić.

Nie sądziłam, że tak pięknie można zdobywać. Takiego klimatu nie byłabym w stanie sobie wyobrazić. Gdyby mi ktoś pokazał zdjęcia pomyślałabym, że pewnie był mróz, wicher jakiś, śniegowe zapadnie, ale nie. Nic takiego nam nie towarzyszyło. Czułam się jakby nas objęła opiekuńczymi skrzydłami nieznana siła, i tuliła i głaskała jak dzieci czekane od dawna, chcąc pokazać inny wymiar śniegowego szaleństwa, zupełnie nowe wejrzenie. Cudnie było po prostu.

Po około trzech godzinach świetnej zabawy postawiliśmy nogi na szczycie Śnieżki.

blog202.10

Oczywiście mgła skutecznie wybiła nam z głowy widoki, ale my wiedzieliśmy jak wszystko wygląda z góry, bo byliśmy tam w 2015 roku. I wtedy było tak.

blog202.9

Nie ma dwóch takich samych wejść na ten sam szczyt góry. Za każdym razem jest inaczej. Inne jest towarzystwo, albo współ-towarzystwo. Ja za moich kompanów jestem niezmiernie wdzięczna.

Ciekawi mnie czy jeszcze wrócę do Śnieżki. Wtedy na pewno pokaże mi jeszcze inne oblicze, jak to ona. Kobieta w pełnej krasie.

SAMURAJ

No i co najlepszego robisz Renato – zbeształam siebie w myślach – czy kiedykolwiek coś dobrego wyszło z tego, że chciałaś być dla kogoś takiego miła, a już tym bardziej w miejscu takim jak to? Gdyby nie zakaz, to prawie pewne jest, że niektórzy by biegali chcąc sobie podnieść wydajność. A ty zaczepiasz człowieka i dyskutujesz… jaka to fajna fryzura na brodzie, że kucyki i powinien być brodownik. Co ty sobie myślałaś?

Przecież to głupie, tak zaczepiać obcego człowieka. Jak desperatka. No miej żesz w sobie trochę opamiętania. Przecież w desperacji nie jesteś. To tak samo wyszło? Jak w kolejce do sklepu czasami wychodzi i nie ważne czy kogoś się zna czy nie?

Jak zwierz czujny zaczęłam się chować między półkami. Jednak wewnętrzny monolog nie odpuszczał. W końcu urwałam, zapomniałam.

 

Ostatnio niesamowicie zmienia się moje wejrzenie na świat. Jest tak łagodnie, spokojnie. Nawet pozornie nie sprzyjające okoliczności skłaniają mnie do poszukiwania w nich czegoś, co może być mi pomocne. Wokół może się walić, ale dopóki coś nie spadnie mi na stopę, nie jestem zainteresowana wchodzeniem w żadną kotłowaninę poglądów, ani działań. Zmieniłam pracę. Może nie jest to zajęcie wysokich lotów, ale staram się znajdować w nim powody do zadowolenia.

Jednym z nich jest to, że dojeżdżam autobusem pracowniczym z przystanku kojarzonego przeze mnie z pierwszą połową życia. Tam stałam na chodniku i w chwilach oczekiwania oglądałam tytuły gazet w kiosku ruchu. Kiosku już nie ma. O tam stała budka telefoniczna, taki aparat na kiju, to może to nawet budka nie była, skoro telefon wisiał na kiju. Nie ma go już. O, a za tym sklepem kiedyś była buda bezdomnego psa. Dziś to by go zwinęli do schroniska. Przy tamtej ulicy miała miejsce wielka bitwa na śnieżki, a w tamtym domu ze skośnym dachem mieszkał jeden przystojniak, któremu później te piękne blond włoski wypadły.

blog201

Stałam na tym przystanku przez tyle godzin w tygodniu, kiedy dojeżdżałam do pierwszej, drugiej a potem i trzeciej szkoły. Nostalgia? Raczej nie. To bardzo dziwne, co przeżywam stojąc tu znowu. Cofnęłam się w czasie, tylko nie wiem jeszcze po co. Co też mi świat zaserwował? Byłam przecież taka niezależna, pędziłam po autostradzie z (pewną) prędkością, a teraz jestem zdana na zupełnie obcych ludzi. I co jest dla mnie zupełną nowością, czerpię z tego przyjemność. Nie muszę być silna, to kierowca jest tym silnym, trzeźwym (nie żebym była pod wpływem), wyspanym, gotowym do zmiany koła i wszelkich niedogodności na trasie. Mogę sobie siedzieć na wygodnym siedzeniu w autokarze i liczyć drzewa, albo oglądać chmury, albo spać, mogę… jakie to dziwne, ale mogę odpoczywać.

 

Znów wpadłam na człowieka z kucykami na brodzie. Pomyślałam sobie, że gdyby jeszcze miał dłuższe włosy, to by w ogóle wyglądał jak egzotyk, bo w mojej nowej pracy długie włosy spina się w kok. Pewnie by przypominał samuraja bez miecza i bez kimona. To by był na pewno bardzo europejski samuraj. Ech czego ta wyobraźnia sobie nie wykreuje.

I taki niedoszły samuraj zaskoczył mnie. Jednym zdecydowanym ruchem wytrącił mi z rąk wszystkie „nie”, do końca dnia. A myślałam, że już obcy mężczyźni nie potrafią mnie niczym pozytywnym zdziwić. Stała się niby mała rzecz, a jaka budująca. Dlaczego?

Mówi się, że najtrudniejszy jest pierwszy krok. Drugi jakoś sam zawsze przychodzi w odpowiedzi, choćby go człowiek unikał, bo ludzie nie lubią być dłużni. W zamian za komplement, który wyszedł ze mnie, ot sam, dostałam pomoc, której się nie spodziewałam. Rachunki się wyrównały, bo nie dosyć, że przestałam się czuć źle ze swoim zaczepialstwem (choć w dobrej wierze), to oboje skorzystaliśmy z kilku przyjemnych chwil. Szkoda tylko, że w maseczkach nie widać było uśmiechów.

POCAHONTAS

Można się tak gapić i gapić. Z prawej strony są ciemne chmury, lewa zaś jest jeszcze nasłoneczniona, a po środku niebo przeszywają pioruny. Niemrawe krople pomału pokrywają ziemię, zaś gołąb spieszy się gdzieś i nawet deszcz nie jest w stanie mu przeszkodzić w drodze do celu. Temu widowisku tylko tęczy brakuje.

 

Nazwały mnie Pocahontas, choć tylko raz uczesałam się na dwa warkocze, gdzie mogłam podpiąć się pod Indiankę. Prawdę mówiąc to przezwisko mnie bawiło, czułam się trochę jak bajkowa postać, wśród zdobywców nowych lądów, taki mały, cichy wojownik o swoje ideały. Wegetarianka, która jakimś cudem nie odczuwa braku smaku mięsa, nosząca na szyi amulety mające ją chronić przed wszystkim co widać i czego nie widać.

Jednak potrafiłyśmy żyć obok siebie, w kobiecym towarzystwie, w którym mężczyźni pojawiali się rzadko i wchodzili w zęby jak rodzynki, potem trzeba było ich sobie wydłubywać, by wrócić do damskiego grona, z damskimi tematami do rozmów. Praca wśród kobiet jest specyficzna, a praca w zgranym zespole kobiet jest dobrze wykonywaną pracą. Wtedy praca staje się współpracą, czyli ewoluuje na wyższy poziom pracy.

Pracowałam z nimi prawie dwa lata. Przez ten czas przewinęły się różne osoby. Zespół się delikatnie zmieniał przy każdym pojawiającym się człowieku. Jednak nie przybyła żadna jednostka konfliktowa, na tyle, żeby go rozbić, skłócić i doprowadzić do sytuacji w której ktoś opuściłby grono nie mogąc wytrzymać jakieś sytuacji. Drobne starcia się zdarzały, ale to jest nieuniknione. Ważne, że po nich każda z nas potrafiła powrócić do stanu równowagi.

Kim właściwie była Pocahontas? Jak mówią „internety” prawdziwa Pocahontas istniała, ale jej życie niewiele miało wspólnego z bajkową postacią. Naprawdę nazywała się Matoaka (białe pióro/potok między wzgórzami) była córką wodza Północnoamerykańskich Indian. W dzieciństwie zyskała przydomek Pocahontas (mała figlarka/nieznośny bękart). Urodziła się jako córka indiańskiego wodza Pawhatanów. Matka nie jest znana ale najprawdopodobniej była to jedna z kobiet, które przychodziły do wodza Pawhatanów z innego indiańskiego plemienia, rodziły mu jedno dziecko, po czym wracały tam, skąd przyszły. Ciekawy opis jest tu:

https://wmrokuhistorii.blogspot.com/2016/06/pocahontas-prawdziwe-zycie-legendy.html?m=1

A ja…? Dzisiaj czuję się jak ten gołąb, choć sunę po niebie w chmurne rejony nie czuję strachu, może dlatego, że robię to na fali ostatniego dnia. Nie jestem dobra w pożegnaniach, chciałam odejść po cichu, ale uznałam, że to nie byłoby w porządku, sprawy muszą się kończyć w odpowiedni sposób, więc pożegnałyśmy się jak należy. Były cukierki, przytulania, życzenia i szkliste oczy. I coś na poprawę humoru.

blog200

Deszcz, co tam deszcz… niech pada, niech oczyszcza drogę z dusznej atmosfery pandemicznej. Mierzę się z własnymi siłami. Ile potrafię unieść? Jak silne są moje skrzydła?

Każdy człowiek ma swój świat do przejścia, krok po kroku, etap jeden, drugi etap… kolejny i kolejny. Jak ten gołąb mimo niesprzyjających warunków wbija wzrok w sobie tylko znany punkt i leci między zrządzeniami losu, pragnieniami i potrzebami. Czasami ktoś patrzy stojąc z boku, w suchym i bezpiecznym miejscu, ale nie może zrobić za niego zupełnie nic, bo jemu błyskawica właśnie podzieliła niebo: na to które odeszło i to w które musi się udać. Nie może przystanąć by obserwować, pogania go czas, musi lecieć, jak ktoś, kto właśnie dostawił drugą nogę do pełnego kroku i dalej może zrobić już tylko następny ruch, otworzyć nowy etap.

A jeśli wszystko dobrze się poukłada to kto wie, może i tęczy się doczeka.

BEZ TYTUŁU

Kiedy patrzę na język papugi to nie mogę wyjść z podziwu, że ona potrafi wyrzucić z siebie coś melodyjnego. Jest gruby i mało elastyczny. Jej zasób dźwięków jest więc ograniczony i… co zauważyłam, przekazywany z pokolenia na pokolenie, u mnie już trzecie pokolenie nimf śpiewa jedną melodię, śmieję się, że to różaniec za zdrowie rodziny. Potrafią też uczyć się nowych dźwięków. Genialnie im wychodzi naśladowanie odgłosów wydawanych przez świnki morskie.

Człowiek zaś rozwinął język do granic absurdu. Im głębiej wnika w rzeczy tym więcej nowych słów powstaje, bo przecież musi te nowe stany, zjawiska, rzeczy, wyspy, ubrania, rośliny, pierwiastki, bakterie, zawody… ech, wszystko zostaje sklasyfikowane i nazwane. Jak by tego było mało to jeszcze są archaizmy, które gdzieś się poruszają po eterze, gwara lokalna i języki obce. Ciężki to tobołek, ale cóż, skoro tego właśnie człowiek chce. Nosi więc ten cały słownik przydatnych dźwięków, śpiewa je, klepie po klawiaturze, umieszcza w książkach.

Właśnie, bo dziś o książkę mi chodzi. Przeczytałam ostatnio „Jesień patriarchy” G.G.Marqueza i nie mogę się pozbierać. To chyba pierwsza w moim życiu książka, którą się po prostu delektowałam. Już nawet sama treść, ani szukanie zakończenia nie stanowiło dla mnie głównego powodu czytania, tylko język w jakim została napisana. Byłoby czymś niewskazanym przeczytać ją szybko, albo jak uczą specjaliści od pochłaniania książek… „wytęż wzrok i postaraj się wyłapać słowa klucze”… tu były same klucze, na których mi się co rusz zawieszał umysł, przystawał, trawił, zachwycał się i dziwił zbitkami słów.

Ta książka całkowicie zmieniła mój gust czytelniczy. Od pewnego czasu zresztą myślałam nad książkami, stawiałam sobie pytanie, na które ta właśnie dała mi odpowiedź. No, bo właściwie jak to jest? Człowiek czyta jakąś pozycję, a gdy przychodzi do niego drugi człowiek i pyta „o czym jest?”. Zwykle treść można zamknąć w kilku zdaniach. To jest wyznacznik, kiedy czyta się recenzję, treść – zamysł, historia do przekazania, ktoś po prostu poczuł, że musi coś opowiedzieć.

Ja też czasami czuję potrzebę napisania o czymś, ale co to za ja? Po lekturze Marqueza skarłowaciałam we własnych oczach na tyle, że wzięło mnie na przemyślenia. Po co mi to? Chyba poprzednia platforma blogowa za bardzo we mnie rozbudziła coś, co nie powinno było zaistnieć. Nawet dobrze, że wylądowałam na peryferiach internetu. Dzięki temu coś zrozumiałam. Tak naprawdę w internecie liczy się powierzchowność i reklama. Ludzie patrzą na to co ktoś pisze przez pryzmat tego, jaką osobą jest. Najpierw idzie człowiek, potem to co ma w sobie, co ma do przekazania, a chciałam, żeby było odwrotnie… no cóż. Jeśli jestem kontaktowa to i to co robię zdaje się być kontaktowe. Dialog jest na miarę sukcesu, istna terapia zbiorowa na codzienność, szczególnie teraz, w warunkach zamknięcia w domach wyraźnie widoczna. Czas wrócić do siebie.

Wcześniej jednak napiszę o „Jesieni patriarchy”. Ta książka jest jak jedwabny papier ścierny: szorstka do bólu, jednocześnie delikatna. Ma tąpnięcia takie, że nie wiadomo w której się schować dziupli przed ich prawdziwością, jak przed uderzeniami w twarz, ale i momenty uspokojenia, wyliczania, nie kończących się przecinków. Kiedy ją skończyłam czytać byłam pewna, że teraz dopiero mogę ją zacząć czytać, bo teraz jestem gotowa na jej koniec, który był na samym początku, ale ja jeszcze wtedy nie byłam gotowa na przeczytanie go. I to był strzał w dziesiątkę. Po co nam znać zakończenie, które tak naprawdę poznaliśmy na samym początku, a strach… jak przed śmiercią jest nieuzasadniony. Najbardziej boli samotność i to jest treść książki, samotność trudnych wyborów i decyzji. Każdy z nas jest bowiem takim patriarchą jak tytułowy bohater, który się urodził po to, żeby rządzić.

A co mnie najmocniej ujęło? Jedna myśl w zdaniu powaliła mnie zupełnie i trzyma mocno „… jak to możliwe, żeby ten Indianin mógł pisać coś tak pięknego tą samą ręką, którą podciera sobie dupę, myślał, tak podniecony odkryciem napisanego piękna…” I nic więcej nie potrzeba dodawać… Uśmiech przesyłam z kwiatem jabłoni

blog199

ŚWIĘTO PRACY

Czasami mam wrażenie, że poruszam się po bardzo cienkiej linii. Nawet nie chcę wiedzieć co jest za nią. Mam do ogarnięcia różne środowiska z racji: pracy, zainteresowań, wykształcenia czy pasji. Mogę się wydawać kimś niezdecydowanym, ale ja wolę myśleć o sobie „kameleon”. Nie wybieram jednej drogi, jednego towarzystwa, jednej specjalności, jednej doktryny, jednego… jestem wielozadaniowa. Wszystko przez to, że poszukuję różnych perspektyw. Na problem lubię spojrzeć z prawej, z lewej, od góry i z dołu a bywa, że i przez szkło powiększające spoglądam. Robię to tak, jakbym szukała idealnego ujęcia, boskiego kadru. Staram się przy tym nie negować żadnego stanowiska.

Jedną z rzeczy, które są dla mnie wielkim darem od losu jest umiejętność fotografowania i możliwość publikacji tych zdjęć. Jeśli nie mogę iść na wydarzenie o charakterze społecznym, to kręcę się po ogródku i uwieczniam przyrodę: mrówki walczące z biedronkami, biedronki konsumujące mszyce… cokolwiek.

Ostatnie miesiące były trudne do uwieczniania. Zewsząd zakazy i nakazy, więc biegałam ze statywem od kwiatka do kwiatka, każdy pączek na drzewie był mi modelem. W końcu nadarzyła się okazja i to był pierwszy z maja. Poszłam na protest, oczywiście w charakterze fotoreportera. I opowiem wam o nim.

blog198.1

Widziałam grono osób, które są chyba na wszelkich protestach w mieście. Zobaczyłam trochę autopromocji (selfie), kilka osób jedzących lody i grupę pozostałych, nazwę ich tu zaangażowanymi. Zaangażowani byli pełni nienawiści: krzyczeli, śpiewali fałszując przy tym okrutnie, gwizdali, klaskali i wymachiwali flagami. Ale nie o tym będzie.

blog198.4blog198.5

Organizatorzy, to oni mnie teraz interesują. Właściwie zadbali o to, żeby wieść o spotkaniu rozeszła się w odpowiednim czasie, i żeby temat był chwytliwy, bo przecież w dobie niezadowolenia znajdą się fanatycy któregoś tam ugrupowania politycznego jak i jego przeciwnicy. No ale… ten organizator, to podobno młody twór, na fb jakieś osiem tysięcy like`ów. Przyszli, pokrzyczeli… podburzyli tłum, dwa razy skłonili ludzi do odśpiewania hymnu narodowego. Nic ciekawego, ani nowego nie usłyszałam. Co mnie tak uderzyło? Ich przygotowanie, a właściwie jego brak. Ani jakieś wzruszającej mowy nie usłyszałam, ani sprzętowo mnie nie powalili. Mieli co prawda megafon, ale mówili do telefonu który im służył za mikrofon, w zestawie mieli też głośnik, który przykładali do megafonu. Głośnik z napisem „Julka” zabrany jakiemuś dziecku z pokoiku, oklejony naklejkami bądź też znaleziony pod płotem, gdzie się organizuje wywóz rzeczy niepotrzebnych.

blog198.3

blog198.2

Mało profesjonalne to było spotkanie i mało odkrywcze, szczególnie kaczka na taczce.

Ugrupowanie, czy może jak piszą media „grupka ludzi, którzy się skrzyknęli na fb” bazuje na tym, czego jakaś część narodu potrzebuje. Znalazła się rzesza odbiorców, bo spełniają ich „życzenia”. Jednak jak się przegląda ich stronę to czysta politycznie ona nie jest. Może to próba przeforsowania czegoś nowego tak jakby bez nazwy, bo jaką tu nadać nazwę? Prędzej czy później przybędzie ugrupowaniu jakaś imigracja z tych obecnie mało chodliwych partii. Odnoszę wrażenie, że jak już ktoś raz się wkręci w jakieś szeregi ugrupowań, to normalnie już nie potrafi funkcjonować bez przynależności do takowych. Musi być w tym jakiś „narkotyk” dla mózgu, albo portfela.

Stojąc na Placu Wolności z aparatem w ręku myślałam sobie o tym – jaki ten świat jest dziwny. Jedni starają się całe życie i do niczego nie dochodzą, inni sklecają na prędce głos niezadowolenia i na tratwie wypływają na pełne morze. Tyle, że co ja tam mogę wiedzieć? Żaden ze mnie socjolog.

blog198.6

Patrząc na społeczeństwo już poza placem zgromadzenia widzę, że jedni nie narzekają, drudzy na swoich profilach nawołują do głosowania na tego lub innego kandydata, trzeci mają te przepychanki po prostu gdzieś, albo nie afiszują się z poglądami. Ja zwykle mieszczę się w trzeciej grupie. Dlaczego? Niezadowolenie jest ludzką przywarą, nigdy nie będzie nikomu dobrze, bo zawsze sobie upatrzy coś lepszego. Ten rząd jest zły, ale i poprzedni był zły i jeszcze poprzedni był zły. I co tu wychodzi? I następny będzie zły… bo ludzie nie są nasyceni, bo ciągle im czegoś brakuje. A jak brakuje to znaczy, że ktoś źle rządzi… Kółko czterokanciaste to polityka. .

A cóż ja? Ja dostałam swoją dawkę emocji w ludzkim tłumie szukając boskich kadrów. Bałam się reakcji policji, bo jakby na to nie patrzeć było to jakieś zgromadzenie i wirusa się trochę bałam, ale… ja chyba mam coś z fotoreportera we krwi i jakby mnie nie oceniać, to dzięki takim jak ja informacje o wydarzeniach się rozprzestrzeniają i to nie tylko politycznych.

ODLICZANIE

W mijającym miesiącu spędziłam w pracy zaledwie pięć roboczo-dni. Nie żebym się urlopowała, albo leniła, ale z powodów pandemicznych. Obcięto godziny, wprowadzono postojowe. Za każdym razem, kiedy jadę do pracy zastanawiam się ile jeszcze? Ile jeszcze razy przemierzę tę trasę? Tym bardziej, że jestem na umowie na czas określony, a ten się zbliża ku końcowi.

Dojazdy do pracy we wsi, w ostatnim okresie czasu znacząco podnosiły mnie na duchu. Po drodze widziałam rolników pracujących na polu i uśmiechałam się do nich z zadowolenia. Wdzięczna im za to, że nie popadli w paranoję wirusową. Nie usiedli jak niektórzy miastowi przed telewizorem plując na kogo popadnie, że to, że tamto, że nawet do sklepu pójść nie mogą. Obwiniających za wszystko rząd i chcących przy tym coś ugrać nie wiadomo tylko dla kogo i co. Szukanie winnego to nasz narodowy sport. Najlepiej wziąć sobie kogoś, kogo się zwyczajowo opluwa, czyli tego z pierwszych stron gazet. Są kraje w których używa się spluwaczek, u nas te mają płaskie ekrany.

Ostatnim razem, kiedy przemierzałam moją „ślicznotką” (samochodem) tereny nie zamieszkałe, oczom moim ukazało się pole rzepaku. Tak, zasiali, a teraz rośnie, kwitnie wręcz. Na wielkim obszarze miliardy żółtych kwiatków nęcą okoliczne pszczoły… będzie miód rzepakowy i olej, i kto wie co jeszcze. Teraz jest to przede wszystkim uczta dla ducha. Niezapomniane wrażenia estetyczne pozostające na długo w głowie, ale i na zdjęciach.

fot 170ZB

Praca na wsi, w dużym zakładzie produkcyjnym ma swoje plusy. Wielkie przestrzenie nieodpłatnych parkingów pozwalały mi na komfort przechowania pojazdu w czasie, który poświęcałam zarobkowaniu. A te wschody słońca przed godziną szóstą pierwszej zmiany, czasem były po prostu bajeczne. Gdzieś w koronach drzew czerwieniło się, pomarańczowiło się, by wreszcie wyłonić się żółtą kulą ognia. I to wszystko wydarzało się w ciągu niespełna dwudziestu minut. Raz przy samej drodze stał żuraw, a prawie codziennie, stada ptaków (najczęściej gołębi) latają nad polami. W porannych mgłach mijany po drodze bagniście rozlewający się strumyk sprawia, że krajobraz wokół przeistacza się w klimatyczny horror. Pamiętam też zimowe drzewa w białych czapkach.

Ludzie ze wsi to osoby o trochę innym podejściu do życia niż miastowi. Przy nich wszystko stawało się prostsze. Przyzwyczaiłam się do ich specyficznej mowy i zachowań. To była dla mnie lekcja, pewnie z katalogu korzeni matki. Być może żyjąc przy wielkim mieście zapomniałam o czymś, co w tej właśnie pracy miałam odkryć na nowo. Odkryć i zaakceptować. Czy to już koniec lekcji? Wygląda na to, że przyszedł czas na zmiany.

IN MEMORIAM

Nie wiem dlaczego akurat dzisiaj coś mnie tknęło żeby wejść na profil fb, na który wiem, że nie ma po co wchodzić. Weszłam jednak i to co zobaczyłam nie spodobało mi się.

Minęły dwa lata i dwa dni od śmierci kolegi, tymczasem ktoś niedawno złożył mu życzenia urodzinowe. Jednak nie on był najbardziej przesunięty w czasie, ze swoją niewiarą w jego odejście.

No dobra, zacznę od początku.

Tamta śmierć i wszystko co się koło niej wydarzyło było dziwne. Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, że człowiek zostaje tak bardzo sam… rodzinnie. Jedynym bliskim, który mógłby się nim zainteresować było dziecko. Poza nim nie było nikogo: ani rodziców, ani rodzeństwa ani żony, kochanki… Sam ten fakt sprawił, że późno rozeszła się wieść o jego śmierci. Pogrzeb odbył się z niestandardowo długim opóźnieniem.

Zamieściłam klepsydrę na jego profilu fb, żeby znajomi którzy chcieliby, mogli się z nim pożegnać. Ile mogłam zrobić, tyle zrobiłam.

Pamiętam wyjazd na pogrzeb daleko, daleko… Na wariackich papierach trochę i powrót w środku nocy. No i jak na razie mój jedyny mandat za przekroczenie prędkości, kiedy prawie nieprzytomna ze zmęczenia prułam wracając do domu. Tamten fotoradar chyba uratował mi życie, bo jego błysk mnie otrzeźwił, dzięki czemu zwolniłam przed bardzo trudnym kawałkiem drogi. A może po prostu coś odprowadziło mnie bezpieczną do domu.

Wracając jednak do dziś. Jeden z jego znajomych chyba nie uwierzył w to, że umarł, mimo moich zapewnień i klepsydry. Cztery miesiące po pogrzebie wypisywał na jego tablicy prośby o kontakt, nawet pojawił się numer telefonu.  A jakiś rok temu (co zauważyłam dopiero teraz) oznajmił, że jest gdzieś tam z tym nie żyjącym człowiekiem. Zastanawiam się czy nie przesłać mu zdjęć z pogrzebu, ale zapewne nie uwierzy… zwęszy fotomontaż.

Nikomu przez te dwa lata nie przyszło do głowy zrobienie czegoś z profilem fb osoby zmarłej. Milczące duchy internetu. Ilu takich jest? Po ziemi nie chodzą, a ich widma wciąż zbierają życzenia urodzinowe. Co za niefart. Czy im z tym dobrze?

Czy tamten, zmarły kolega chciałby całkowitego usunięcia konta? Podejrzewam, że tak. Wysłałam klepsydrę do fb z prośbą o nadanie mu statusu „In memoriam”.

-Obok imienia i nazwiska na stronie profilu znajdą się słowa In memoriam.

-Materiały udostępnione przez zmarłą osobę zostaną na fb.

-Profil ze statusem „In memoriam” nie pojawia się w obszarach publicznych, takich jak propozycje osób które możesz znać, reklamy czy przypomnienia o urodzinach.

-Nie można logować się do konta ze statusem „In memoriam”.

To tyle z najważniejszych zapewnień fb.

blog196

Co to będzie jeśli mi się uda ich przekonać? Może powstanie zszarzały profil z czarną wstążką. Nie mam pojęcia jak fb rozwiązuje takie problemy. Konto nieaktywne od dwóch lat, a wisi. Uśmiecha się zimna twarz. A ja się pytam… jak to? 

SKOPIEC 15/28

Skopiec mierzący 724 m n.p.m. znajduje się na trzecim miejscu w książeczce zdobywcy Korony Gór Polski (w kolejności od najniższego do najwyższego). Góry Kaczawskie nie są imponująco wysokie, dlatego i ich przedstawiciel nie wywyższył się nawet do ośmiuset metrów.

Czy jest to najwyższy ze szczytów tegoż pasma? Są różne opinie. Specjaliści od pomiarów twierdzą, że tak nie jest. Według nich to trzeci co do wysokości szczyt po Barańcu i Folwarcznej. Jednak taki typowy zdobywca jak ja, nie ma możliwości sprawdzenia, ani udowodnienia komukolwiek, który z nich powinien być zdobywany, jako ten najwyższy. Posiłkując się więc danymi z książeczki i w zgodzie ze znajdującymi się tam wytycznymi w maju 2017 roku wyruszyliśmy, by pozostawić ślad swojej stopy w rejonie szczytu.

Pogoda nie sprzyjała nam zbytnio. Mgła i siąpiący deszcz tworzyły klimat jesienny od samego rana. Jednak lepsze od siedzenia na wynajętej kwaterze było poruszanie się w wiadomym celu, choćby i w takich warunkach.

Dojechaliśmy do Komarna, a tam drogą asfaltową po samo pole.

blog195.1

Marna to przyjemność podjechać pod szczyt, ale okolica nie zachęcała do zwiedzania. Patrząc w pole nie miałam żadnych argumentów na to,  żeby zasadne było iść obok niego dłużej niż jest to wskazane.

blog195.2

Brnęliśmy niebieskim szlakiem. Droga wydawała się prosta, ale nie zupełnie taka była.

blog195.3

Kierując się znakami poszliśmy w prawo, ucieszeni, że nareszcie zmienia się krajobraz  z drogi przez pola na drogę leśną.

blog195.4

Niestety zgubiliśmy szlak i zamiast skręcić głęboko w las weszliśmy na inne pole, szybko jednak wróciliśmy nie odnajdując tam dalszych oznaczeń.

blog195.5

Po jakiś dwudziestu minutach spaceru przez porośnięty drzewami teren dotarliśmy do kolejnego drogowskazu.

blog195.6

Posłusznie udaliśmy się w porośniętą gęstwinę, szliśmy nią aż odnaleźliśmy oznaczenie szczytowe.

blog195.7

Niecałą godzinkę zajął nam zdobywczy wysiłek, w trakcie którego pochodziliśmy sobie niepotrzebnie po polach, porobiliśmy zdjęcia. Pieczątkę wbiliśmy na szczycie, bo w skrzynce czekała na nas gotowa do działanie i wypełniona tuszem. Po tym wszystkim udaliśmy się w drogę powrotną zatrzymując się na dłuższą sesję przy lokalnej atrakcji.

blog195.8

To przedziwna konstrukcja z kawałka pnia, butów i szczoteczek do zębów. Jest kolorowa, ale bardzo samotna. Jednakże to ona właśnie stanowi wizytówką Skopca.

blog195.9

ANTYSTRES

Jak to jest z tym stresem? Jeśli ktoś mi mówi, że się nie denerwuje, poradził sobie i… funkcjonuje na statycznym poziomie, może zwyczajowo bym uwierzyła, ale nie teraz. Dziś każdy człowiek na swój sposób przeżywa tę wpychaną nam do świadomości nowinę. Piszę, że nowinę, bo póki co niewielu z nas zetknęło się z nią naprawdę. Szumią media coraz głośniej, a my coraz słabiej reagujemy… pozornie.

Dobra, powie ktoś, taka mądrala ze mnie, więc żeby nie było, napiszę jak jest u mnie. Proste… u mnie jest siedem dni, tak siedem. Wiem, że to dużo. Mogłabym udawać, że mnie nie ruszyło to wszystko co się dzieje, ale bym skłamała, bo te siedem dni mówi inaczej. To tyle, co przed wielkimi wydarzeniami jakich miałam chyba dwa w życiu. Siedem dni wcześniej przyszła do mnie „czerwona siostra” (prawda że piękne określenie? zaczerpnęłam je od Lisy See). A to u mnie najpewniejszy wyznacznik przeżytego nadmiaru złych emocji.

No, a niby zdążyłam się wyciszyć w zeszłym tygodniu, kiedy to unormował się mój poziom stresu. Jednak poprzednie dwa tygodnie dały mi nieźle popalić. Z ulgą odetchnęłam kiedy firmowi panikarze wszelkiej maści poszli  na zwolnienie lekarskie. Jednak co nabili piany, to ich. Osoby z wyższymi funkcjami w firmie pouciekały pierwsze i pozabierały ze sobą rodziny… ogarnęła mnie złość. Potem wyizolowały się poszczególne działy, co spotęgowało mój niepokój. Dopiero niedawno firma zaczęła się troszczyć o pozostałych pracowników. Cały ten pokaz umiejętności przywódczych, dał mi wiele do myślenia. Nierówny jest świat, bardzo nierówny i wymaga wielu zmian.

A moje emocje? Najpierw byłam zła, potem chciało mi się płakać, a na końcu krzyczeć, aż niespodziewanie wróciłam „do siebie”. Najpierw jednak musiałam to wszystko przetrawić i poradzić sobie z nowymi wyzwaniami. Największą panikę odczułam na wieść, że może zabraknąć insuliny.  Co mi po papierze do…  toaletowym, kiedy moje dziecko potrzebuje leku, bez którego może przestać żyć?

Pamiętam, że kiedyś rozmyślałam sobie nad tym, że wielu ludzi jest przewlekle chorych… po co? Pomijając wiele aspektów ten „po co?” wydawał mi się najważniejszy. Może po to, żeby nie było wojen. Każdy przecież ma kogoś, kto może stracić kogoś w tak prosty sposób. Dziś po akcjach z koroną wiem, że i tu byłyby niesprawiedliwe podziały. Człowiek jest jak zwierze, bardzo nerwowe zwierze. Wariatów nie brakuje. Zwykle są uśpieni, coś ukradną, zabiją komuś kota, albo rozetną oponę. Rozbudzeni są jednak nieobliczalni. Ale i oni żyjąc na krótką metę (bo chyba tak żyją) kiedyś by zrozumieli, że coś nie schodzi z taśmy produkcyjnej, a zapasy się kończą i data ważności i…

Ale, ale… zapędziłam się, więc już dosyć. Opowiem może coś innego. Zdarzył mi się mały cud. Mały, wielki cud zakwitł w żółtym kolorze. Na parapecie po latach jałowych przyszedł dzień w którym on… postanowił coś pokazać i znalazł na to  najodpowiedniejszą porę. Tyle kaktusów od dziecka miałam, ale żaden nie zakwitł. Ten niepozorny zwitek igieł dał mi radość, której potrzebowałam i nadzieję.

Myślę, że jak wszystko się trochę uspokoi, świat rozkwitnie, na żółto (to między innymi kolor potrzeby kontaktów międzyludzkich), być może nie będzie to trwało długo, bo u kaktusa kwiatek żyje dwa-trzy dni, ale na pewno będzie to  spektakularne wydarzenie. Tymczasem dzielę się moim anty-stresem całym w kolcach, no dobra trochę się chwalę 🙂

blog194